wtorek, 19 maja 2015

Z Psem na Tarczy, Czyli Czy Warto Odczulać

Czas uzupełnić zaległości. Ostatni miesiąc to istna kumulacja zapychaczy czasu. Moje Kochanie wzięło się za remont u mamy w mieszkaniu. Bywa, że mu pomagam w czynnościach wymagających użycia więcej niż dwóch rąk. W pracy ciągle zastępuję koleżankę, bo to chora, to znowu urlop, to znowu coś tam. Dłuższe i cieplejsze dni, więc i spacery dłuższe i wycieczki za miasto. To i nie dziwota, że człowiek wieczorem siada i nie bardzo wie, co w zasadzie ma napisać, więc idzie spać nie pozostawiwszy po sobie słowa. 

Jakiś miesiąc temu mojej psicy potrzebny był sterydowy zastrzyk na wyciszenie narastających objawów alergii. Już jakiś czas temu pojawiło się podejrzenie, że jeszcze coś ją uczula poza pokarmami. Ze względu na porę roku wykluczone były pyłki i grzyby. Wykluczone zostały też preparaty chemiczne stosowane w domu. Podejrzenie padło więc na roztocza. To dość kłopotliwy rodzaj alergii, bo właściwie nie da się wyeliminować alergenu z życia psa. Co tu dużo mówić, żadnego alergenu środowiskowego nie da się wyeliminować. Dotychczas wystarczyło podać jeden zastrzyk raz na dłuższy czas i był spokój. Tym razem jednak pies po trzech dniach znowu zaczął się drapać. Doktorka zaleciła więc podanie dwukrotne. Po upływie trzech dni od drugiego zastrzyku pies ponownie zaczął się drapać. Znów kąpiele i zastrzyki. Po odstawieniu leków, dalej łapy chodzą, pies nie śpi, jeździ tylko pyskiem po futrze jak dziurkaczem. Posypała się sierść, przykrywając podłogę w całym mieszkaniu grubą warstwą włosia i pojawiły się pierwsze krosty, jakby nie przymierzał grzyby po deszczu...

W mojej głowie znowu pojawiła się myśl o odczulaniu. Już kiedyś o tym myślałam, ale moja doktorka wybiła mi to z głowy. Idąc znów na zastrzyk zagadnęłam ją o taką możliwość. I znów wysłuchałam wykładu, który tu właśnie przytoczę. Po pierwsze, mój pies już miał badania krwi w kierunku alergii pokarmowych, w wyniku których okazało się, że uczulony jest właściwie na wszystko. Po wprowadzeniu leczenia i przede wszystkim karmy hypoalergicznej, stosując dietę eliminacyjną, udowodniłam, że część wyników była fałszywie dodatnia (powinnam od laboratorium zażądać zwrotu pieniędzy, dzięki wielkie za taką wiarygodność badań...). Część niestety się potwierdziła. Niemniej jednak od tego czasu organizm dzięki regularnemu leczeniu i mojej konsekwencji uspokoił się znacznie i liczyłam, że obecny stan układu immunologicznego mojego psiaka pozwoli na ponowną ocenę alergii i ewentualne sporządzenie kuracji odczulającej. Pani doktor stwierdziła, że owszem, to fakt, układ immunologiczny na pewno znajduje się w lepszej kondycji, ale terapia odczulająca bardziej przypomina walkę z wiatrakami niż solidne leczenie. Najpierw trzeba na sześć tygodni odstawić leki, jednocześnie nie dopuszczając do objawów alergii (pozostają chyba modlitwy, bo poza lekami większego wyboru już nie ma). Następnie podaje się niską dawkę alergenu w zastrzyku. Po jakimś czasie dawka jest zmieniana na większą i organizm stopniowo, poprzez stosowanie coraz większych dawek zaprzyjaźnia się z antygenem i nie kłóci się z nim więcej Proste, prawda? No więc nie prawda. 

Po pierwsze - jeśli zbyt wcześnie zostanie wprowadzona większa dawka, wywoła pełne objawy choroby. Nie ma wyjścia, trzeba podać sterydy, odczekać swoje i zacząć historię od nowa, bez względu na to, do jakiego etapu się doszło. Po drugie - jest to kilkumiesięczne regularne podawanie psu zastrzyków. Po trzecie - skuteczność całej terapii to zaledwie 75% (wiele osób stwierdzi, że to dużo, ale dla co czwartego psa terapia okazuje się nieskuteczna). Po czwarte i to chyba wraz z trzecim najważniejsze - terapię trzeba powtarzać co pół roku bądź co rok, aby utrzymać skuteczność. Mało tego, kolejne odczulanie może okazać się nieskuteczne. Pomijając już fakt, że to wszystko kosztuje niemałe pieniądze, doszłam za namową pani doktor do wniosku, że dochodzi się do momentu, kiedy ciągle psa kłujemy. A co na to sam zainteresowany? Mam wrażenie, że Frida osobiście chyba by wolała już swędzenie i sporadyczny zastrzyk ze strydu niż taką torturę. Zrezygnowałam więc, trochę zawiedziona, że nie zdołam usunąć przyczyny dokuczliwych objawów mojego psiaka. 

Ostatecznie pies jest obecnie a stałe na sterydzie w połączeniu z hydroksyzyną. Zaczynałyśmy od dużych dawek, po tym jak się głębiej zanurzyłam w temacie, odkryłam, że te dawki nie były znowu takie duże, tylko tabletki miały małą zawartość (większych niestety nie ma). Obecnie przyjmujemy śmiesznie małą dawkę leków i jedyne, co obserwuję to, że pies nieco więcej sika, nie jest to jednak ilość, jak na początku terapii. Na koniec tego tygodnia czeka nas ponowne obniżenie dawki leków. Zdaję sobie sprawę, że nawet tak niewielka dawka leków może mieć negatywny wpływ na organizm, ale z drugiej strony równie negatywny wpływ ma  ciągle objawiająca się alergia (podrażniony układ odpornościowy może wykształcić prędzej czy później jakąś autoagresję), ciągłe drapanie nie pozwalające zasnąć spokojnie, ciągle pojawiające się zmiany skórne, wymagające stosowania leków. Z panią doktor mamy ustalone, że co trzy miesiące pies będzie miał powtarzane badanie wątroby i nerek, a raz na pół roku poziom wolnej T4 i kortyzolu, żeby mieć rozeznanie, jak terapia wpływa na kondycję organizmu. 

Przygotowanie posiłku zajmuje mi teraz więcej czasu. Niewiele mniej czasu posprzątanie podłogi z kapiącej śliny Do michy z karmą muszę teraz oprócz kwasów omega dodać ścinek masła z tabletkami, a także mielony ostropest, który w porozumieniu z panią doktor wprowadziłam jako stały suplement diety psa, żeby osłaniać jego wątrobę.

A pies? Zadowolony, że dostaje michę z masełkiem (którego ilość nie starczyłaby na posmarowanie ćwiartki kromki chleba). Śpi wreszcie spokojnie, I wreszcie dostaje przyzwoitej sierści i zaczyna wyglądać porządnie. Co nie zmienia faktu, że jest to dla mnie pewna forma przegranej po prawie półtorej roku walki i wzbraniania się przed stałym wprowadzeniem leków...