wtorek, 19 maja 2015

Z Psem na Tarczy, Czyli Czy Warto Odczulać

Czas uzupełnić zaległości. Ostatni miesiąc to istna kumulacja zapychaczy czasu. Moje Kochanie wzięło się za remont u mamy w mieszkaniu. Bywa, że mu pomagam w czynnościach wymagających użycia więcej niż dwóch rąk. W pracy ciągle zastępuję koleżankę, bo to chora, to znowu urlop, to znowu coś tam. Dłuższe i cieplejsze dni, więc i spacery dłuższe i wycieczki za miasto. To i nie dziwota, że człowiek wieczorem siada i nie bardzo wie, co w zasadzie ma napisać, więc idzie spać nie pozostawiwszy po sobie słowa. 

Jakiś miesiąc temu mojej psicy potrzebny był sterydowy zastrzyk na wyciszenie narastających objawów alergii. Już jakiś czas temu pojawiło się podejrzenie, że jeszcze coś ją uczula poza pokarmami. Ze względu na porę roku wykluczone były pyłki i grzyby. Wykluczone zostały też preparaty chemiczne stosowane w domu. Podejrzenie padło więc na roztocza. To dość kłopotliwy rodzaj alergii, bo właściwie nie da się wyeliminować alergenu z życia psa. Co tu dużo mówić, żadnego alergenu środowiskowego nie da się wyeliminować. Dotychczas wystarczyło podać jeden zastrzyk raz na dłuższy czas i był spokój. Tym razem jednak pies po trzech dniach znowu zaczął się drapać. Doktorka zaleciła więc podanie dwukrotne. Po upływie trzech dni od drugiego zastrzyku pies ponownie zaczął się drapać. Znów kąpiele i zastrzyki. Po odstawieniu leków, dalej łapy chodzą, pies nie śpi, jeździ tylko pyskiem po futrze jak dziurkaczem. Posypała się sierść, przykrywając podłogę w całym mieszkaniu grubą warstwą włosia i pojawiły się pierwsze krosty, jakby nie przymierzał grzyby po deszczu...

W mojej głowie znowu pojawiła się myśl o odczulaniu. Już kiedyś o tym myślałam, ale moja doktorka wybiła mi to z głowy. Idąc znów na zastrzyk zagadnęłam ją o taką możliwość. I znów wysłuchałam wykładu, który tu właśnie przytoczę. Po pierwsze, mój pies już miał badania krwi w kierunku alergii pokarmowych, w wyniku których okazało się, że uczulony jest właściwie na wszystko. Po wprowadzeniu leczenia i przede wszystkim karmy hypoalergicznej, stosując dietę eliminacyjną, udowodniłam, że część wyników była fałszywie dodatnia (powinnam od laboratorium zażądać zwrotu pieniędzy, dzięki wielkie za taką wiarygodność badań...). Część niestety się potwierdziła. Niemniej jednak od tego czasu organizm dzięki regularnemu leczeniu i mojej konsekwencji uspokoił się znacznie i liczyłam, że obecny stan układu immunologicznego mojego psiaka pozwoli na ponowną ocenę alergii i ewentualne sporządzenie kuracji odczulającej. Pani doktor stwierdziła, że owszem, to fakt, układ immunologiczny na pewno znajduje się w lepszej kondycji, ale terapia odczulająca bardziej przypomina walkę z wiatrakami niż solidne leczenie. Najpierw trzeba na sześć tygodni odstawić leki, jednocześnie nie dopuszczając do objawów alergii (pozostają chyba modlitwy, bo poza lekami większego wyboru już nie ma). Następnie podaje się niską dawkę alergenu w zastrzyku. Po jakimś czasie dawka jest zmieniana na większą i organizm stopniowo, poprzez stosowanie coraz większych dawek zaprzyjaźnia się z antygenem i nie kłóci się z nim więcej Proste, prawda? No więc nie prawda. 

Po pierwsze - jeśli zbyt wcześnie zostanie wprowadzona większa dawka, wywoła pełne objawy choroby. Nie ma wyjścia, trzeba podać sterydy, odczekać swoje i zacząć historię od nowa, bez względu na to, do jakiego etapu się doszło. Po drugie - jest to kilkumiesięczne regularne podawanie psu zastrzyków. Po trzecie - skuteczność całej terapii to zaledwie 75% (wiele osób stwierdzi, że to dużo, ale dla co czwartego psa terapia okazuje się nieskuteczna). Po czwarte i to chyba wraz z trzecim najważniejsze - terapię trzeba powtarzać co pół roku bądź co rok, aby utrzymać skuteczność. Mało tego, kolejne odczulanie może okazać się nieskuteczne. Pomijając już fakt, że to wszystko kosztuje niemałe pieniądze, doszłam za namową pani doktor do wniosku, że dochodzi się do momentu, kiedy ciągle psa kłujemy. A co na to sam zainteresowany? Mam wrażenie, że Frida osobiście chyba by wolała już swędzenie i sporadyczny zastrzyk ze strydu niż taką torturę. Zrezygnowałam więc, trochę zawiedziona, że nie zdołam usunąć przyczyny dokuczliwych objawów mojego psiaka. 

Ostatecznie pies jest obecnie a stałe na sterydzie w połączeniu z hydroksyzyną. Zaczynałyśmy od dużych dawek, po tym jak się głębiej zanurzyłam w temacie, odkryłam, że te dawki nie były znowu takie duże, tylko tabletki miały małą zawartość (większych niestety nie ma). Obecnie przyjmujemy śmiesznie małą dawkę leków i jedyne, co obserwuję to, że pies nieco więcej sika, nie jest to jednak ilość, jak na początku terapii. Na koniec tego tygodnia czeka nas ponowne obniżenie dawki leków. Zdaję sobie sprawę, że nawet tak niewielka dawka leków może mieć negatywny wpływ na organizm, ale z drugiej strony równie negatywny wpływ ma  ciągle objawiająca się alergia (podrażniony układ odpornościowy może wykształcić prędzej czy później jakąś autoagresję), ciągłe drapanie nie pozwalające zasnąć spokojnie, ciągle pojawiające się zmiany skórne, wymagające stosowania leków. Z panią doktor mamy ustalone, że co trzy miesiące pies będzie miał powtarzane badanie wątroby i nerek, a raz na pół roku poziom wolnej T4 i kortyzolu, żeby mieć rozeznanie, jak terapia wpływa na kondycję organizmu. 

Przygotowanie posiłku zajmuje mi teraz więcej czasu. Niewiele mniej czasu posprzątanie podłogi z kapiącej śliny Do michy z karmą muszę teraz oprócz kwasów omega dodać ścinek masła z tabletkami, a także mielony ostropest, który w porozumieniu z panią doktor wprowadziłam jako stały suplement diety psa, żeby osłaniać jego wątrobę.

A pies? Zadowolony, że dostaje michę z masełkiem (którego ilość nie starczyłaby na posmarowanie ćwiartki kromki chleba). Śpi wreszcie spokojnie, I wreszcie dostaje przyzwoitej sierści i zaczyna wyglądać porządnie. Co nie zmienia faktu, że jest to dla mnie pewna forma przegranej po prawie półtorej roku walki i wzbraniania się przed stałym wprowadzeniem leków...

sobota, 18 kwietnia 2015

Wiosenne porządki

Spóźnione wiosenne porządki zawitały do naszego domu. To czas, kiedy pies i kot schodzą mi z drogi i szukają sobie miejsca najlepiej z dala od centrum wydarzeń. Pancia ma w zwyczaju wybebeszyć całe mieszkanie i spędzać długie godziny na przeglądaniu wszystkich bibelotów, które zdążyły zgromadzić się od ostatnich porządków. Pies przygląda się z daleka tym poczynaniom, a kot znika w sobie tylko znanym zakamarku, o którego istnieniu nawet nie śniłam (niby małe mieszkanie, a kot potrafi zaginąć bez wieści). 

Wreszcie nadeszła kolej na zwierzęcą szafkę. Jedne z drzwiczek w komodzie kryją za sobą świat gadżetów związanych z moimi podopiecznymi. Ich otwarcie zawsze wiąże się z mieszanymi uczuciami u psa, bo z jednej strony znajdują się tam wszystkie smakołyki, ale z drugiej jest tam też szampon. Z reguły więc obserwuje mnie z ożywieniem, ale z bezpiecznej odległości. Na samym dnie, pod stertą skarbów leży obroża. Nie byle jaka - elektroniczna. Szkoleniowa. 

Pochodzi z czasów, gdy moje pojęcie o behawioryzmie i technikach szkolenia i wychowywania psów dopiero raczkowało (w żadnym razie nie uważam się za eksperta, ale od tamtego czasu zrobiłam ogromne postępy). Co skłoniło mnie do jej zakupu? Desperacja, jak pewnie wielu innych nabywców. 

Początki mojej przyjaźni z Fridą układały się doskonale. Gdy wędrowałyśmy na nasze pierwsze długie spacery, biegała zawsze w pobliżu mnie, nawet gdy bawiła się z napotkanym psem nie pozwalała sobie na oddalenie się ode mnie dalej niż jakieś 50 metrów. Gdy zorientowała się, że dystans dzielący ją od panci jest nieco zbyt duży, sprintem do mnie wracała. Sielanka trwała może dwa miesiące. Potem pies poczuł się na tyle pewnie, że pozwolił sobie dać upust pierwotnym instynktom. Niezwykle charakterystyczne umaszczenie Fridy wskazuje, że gdzieś pośród jej przodków miejsce znalazł wyżeł niemiecki. Jako szczeniak mogłaby z powodzeniem zostać sprzedana jako pies właśnie tej rasy (do momentu, gdy stanęły jej uszy...). Jej myśliwskie predyspozycje zaczęły mi przysparzać nie lada kłopotów. Pies wyczuwszy zwierzynę (nie ważne: sarna czy bażant) puszczał się w pogoń i potrafił zniknąć mi z oczu na dobre 2-3 minuty. Panika, histeria - chyba każdy właściciel chociaż raz doświadczył tego uczucia... Przestałam puszczać psa ze smyczy, co zaowocowało wyraźnym napięciem. Widać było, że energia rozrywa ją od środka, ale gdy tylko odpinałam karabińczyk, pies momentalnie zaczynał żerować. Nie nazwę tego eksploracją terenu, tropienie śladów i wyszukiwanie zwierzyny było wyraźne jak plama na białym obrusie. 

Rozpacz ogarnęła mnie, gdy na przedwiośniu wywąchała zająca. Gdyby nie to, że zdesperowane zwierzę przebiegło blisko mnie i zdążyłam przechwycić psa w biegu (co przypłaciłam wybitym palcem) prawdopodobnie zamęczyłaby biedaka. Zima wtedy była długa i zając był dość powolny, zmęczony przeciągającymi się mrozami. Nie pomagały żadne metody znalezione na internetowych forach. Głównymi radami było ustanowienie swojej osoby najcenniejszym obiektem psa. Smakołyki, zabawki (którymi się nie interesuje), nic nie skutkowało. Zawiodło chowanie się przed psem - pies przybiegał do mnie jak po sznurku. 

W akcie ostatecznej rezygnacji kupiłam elektroniczną obrożę treningową. Moim zamierzeniem było wywołanie negatywnego wzmocnienia (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tak to się nazywa). Chciałam skutecznie zniechęcić psa do pogoni za zwierzyną. Gdy paczka wreszcie przyszła, przez chwilę czułam się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Moje wybawienie. Pudełko wyglądało profesjonalnie:



We wnętrzu cały zestaw: pilot, urządzenie, obroża do mocowania, bolce dostosowane do długości włosa i ładowarka. 




Urządzenie z bliska:




Nie będę ukrywać. Byłam podekscytowana. Od razu całe ustrojstwo podłączyłam do ładowania, żeby jak najszybciej rozpocząć szkolenie. Trwało to całe 12 godzin. Po 6 dla pilota i samego urządzenia. Funkcja pierwsza: światełko przy pilocie, żeby pies wiedział w ciemności, gdzie ma przybiec (tak jakby nie był w stanie zweryfikować mojego położenia po głosie i zapachu). Funkcja druga: gwizd z głośniczka w urządzeniu, żeby pies lepiej słyszał, że jest przywoływany (tak jakby nie miał dostatecznie czułego słuchu). Funkcja trzecia: wibracja - zapowiedź "impulsu korygującego" - regulowana w zakresie od 1-100, ostatnie ostrzeżenie dla psa, żeby się opamiętał i robił, co do niego należy. No i funkcja czwarta: "impuls korygujący" (serio - w żadnym opisie producentów tego sprzętu nie znalazłam określenia impuls elektryczny), podobnie jak wibracja regulowany w zakresie od 1-100. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, co właściwie poczuje mój pies. Ustawiłam siłę impulsu na 1, przyłożyłam do przedramienia i nacisnęłam pilota...

Producent ładnie opisuje działanie impulsu jako odczucie wyraźnego dyskomfortu, który ma skutecznie zniechęcić psa do niepożądanych zachowań. Mnie osobiście bolało jak skurczybyk. A przecież ustawiłam na najniższym stopniu. Spojrzałam na to moje kochane ogoniaste i pomyślałam: chwila, chcę, żeby mój pies przestał uganiać się za dziczyzną, ale nie chcę, żeby przestał ze strachu przed potwornym bólem. Nie o to mi przecież chodzi. Zdałam sobie sprawę z tego, jak głupia jestem i do czego doprowadziła mnie desperacja. Spakowałam sprzęt do pudełka, siadłam z psem na podłodze i popłakałam się jak dziecko, świadoma tego jak niewiele mnie dzieliło od bycia sadystą. Jak niewiele brakowało, żebym zrujnowała jej kruchą psychikę. 

Jeszcze tego samego dnia pudełko wylądowało na dnie zwierzęcej szafki. To było w maju 2013 roku. W zeszłym roku myślałam o sprzedaniu obroży. Jest dość droga, więc pomyślałam o odzyskaniu chociaż części kosztów. I zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli ją sprzedam, to ktoś użyje sprzętu pochodzącego bezpośrednio z moich rąk. I chociaż wiem, że jak ktoś będzie chciał, to kupi coś takiego w sklepie, to jednak nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że przyczynię się do cierpienia jakiegoś psa. 

Tym sposobem obroża pozostała na dnie szafki i chyba zostanie tam już na zawsze, bo odłożyłam ją z powrotem. I tak jak tamtego dnia, otwierając paczkę przez chwilę czułam się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, dziś również przez chwilę tak się poczułam - bo nie użyłam tej obroży. 

A jak poradziłam sobie z problemem ścigania zwierzyny? Znalazłam okolicę, gdzie jej nie ma, tam mogę puścić psa bez obaw o bezpieczeństwo dzikich zwierząt. W innych okolicach pies chodzi na smyczy. Wygrałam z wieloma jej nawykami, ale nigdy nie udało mi się pokonać jej żądzy łowów. Jest zbyt silna. Albo ja zbyt na to słaba. Znalazłam jednak sposób, żeby uniknąć kłopotów bez użycia przemocy, a to w końcu najważniejsze...

czwartek, 9 kwietnia 2015

Z Psem Inteligentnym

"Mój pies jest bardzo mądry."
"Mój pies jest głupi - aż wstyd z nim wyjść."
"Żaden inny pies nie był taki mądry jak mój pies z dzieciństwa."
"On jest taki mądry- rozumie każde słowo, które do niego mówię."

Ile razy to słyszeliśmy? Gdy tylko spotyka się dwóch właścicieli psów na spacerze, od razu przystępują do oceny inteligencji swojego bądź cudzego psa. Jedni twierdzą, że ich pies doskonale wie, co się do niego mówi albo wykonuje komendy jeszcze zanim się je powie. Inni z kolei uważają swoje psy za niezwykle wręcz głupie, bo nie potrafią nauczyć się żadnej komendy, bo nie chcą z nami współpracować. Jak to jest naprawdę? Co świadczy o inteligencji psa?

Moje zdanie bardzo często odbiega od opinii większości ludzi. W moim odczuciu ilość poznanych komend i sztuczek w żadnej mierze nie odzwierciedla inteligencji psa. Najczęściej stosowaną metodą, czy to przy systemie nagród, czy systemie kar, jest stopniowe pokazywanie psu o co nam tak naprawdę chodzi. To swego rodzaju rozmowa z człowiekiem mówiącym w innym języku. Musimy dogadać się na migi. Jeśli człowiek ma dobrą intuicję, szybko odkryje sposób na wytłumaczenie czego właściwie oczekuje, nauczy każdego psa komendy. Wielokrotnie słyszałam opinię, że dany pies jest głupi, bo nie rozumie komendy siad. Wtedy pytam właściciela czy wie co to znaczy der Schmetterling. Gdy już spojrzy na mnie jak na idiotę, tłumaczę, że skoro my nie jesteśmy w stanie zrozumieć człowieka, który żyje kilkaset kilometrów od nas tylko dlatego, że posługuje się innym językiem, to jak ma zrozumieć nas istota zupełnie odrębnego gatunku? Naszym zadaniem jest psu wytłumaczyć czego od niego chcemy i to od naszej inteligencji zależy czy nas zrozumie. 

Następną sprawą związaną z wykonywaniem komend jest stwierdzenie, że pies jest głupi, bo nie chce siadać na komendę. I w toku rozmowy okazuje się, że pies ma siadać za nic, za lakoniczne "dobry pies". A przecież takie niechcenie właśnie świadczy o inteligencji. Tylko inteligentna istota zastanawia się: po co ja właściwie mam to robić. Inteligentny pies wymaga motywacji. Wymaga smakołyka albo zabawki. Oczywiście potem można pracować nad ograniczeniem ilości nagród rzeczowych, nagradzając psa bądź nie, w losowej kolejności, tak aby nie wiedział na co może liczyć tym razem. Nagroda staje się wtedy opcją, którą zawsze warto rozważyć. A to, kto wygra, zależy już  wyłącznie od tego, kto jest inteligentniejszy - pies czy pan? W odpowiedzi na takie tłumaczenie czasem zdarza się, że ktoś stwierdza, że to przekupstwo. Nie zgadzam się z taką opinią. Pytam wtedy czy pracodawca daje nam wynagrodzenie za wykonaną pracę, czy przekupuje nas, żebyśmy coś dla niego zrobili? Czy pracowalibyśmy dla niego za darmo? Zawsze słyszę, że to nie to samo. Jak to nie to samo? Jeśli pies siada, to odwala właśnie robotę, którą mu zleciliśmy. Należy mu się za to wynagrodzenie. Jeśli dostatecznie długo nie dostanie wynagrodzenia, to przestanie siadać, bo po co?

Jakbym nie ugryzła tego tematu, zawsze dochodzę do wniosku, że inteligenty pies z reguły ma problemy z dyscypliną czy też tresurą. Pies inteligentny zawsze szuka łatwiejszego sposobu, żeby osiągnąć swój cel. Jeśli chcemy, żeby nasz pies przeskoczył przez obręcz, inteligentny pies zawsze dwa razy się zastanowi czy nie łatwiej po prostu ją minąć z boku. Jeden z najbogatszych ludzi na świecie powiedział, że jeśli chcemy znaleźć najprostsze i najwygodniejsze rozwiązanie problemu, należy zadanie powierzyć komuś leniwemu. Lenistwo wymaga jednak inteligencji. Pies inteligentny zwykle zastanowi się, zanim wykona jakieś bzdurne zadanie. No chyba, że czeka na niego stosowne wynagrodzenie. 

Przez długi czas nie mogłam niczego nauczyć mojego psa. Pierwsze próby tresury (zawsze samodzielnej, nie uważam, żeby psu do posłuszeństwa były potrzebne komendy - psa przede wszystkim trzeba wychować, a tego żaden treser za nas nie zrobi) spełzły na niczym i może wstyd się przyznać, ale odpuściłam sobie na ponad pół roku. Wtedy zmobilizowałam się po raz kolejny. I przez kolejne pół roku nie nauczyłam psa dosłownie niczego. Jak kulą w płot. Nic. Null. Uznałam, że mój pies jest tępy do potęgi n-tej i niczego nie zdoła zrozumieć. Wtedy zapaliła mi się lampka w głowie. Mam psa, który otwiera sobie drzwi, gdy ma ochotę, rozbija łapą lód na kałuży, bo wie, że pod spodem jest woda, której może się napić (wiem, nie powinna, ale z drugiej strony leję jej do miski wodę z kranu, skoro ta jej nie szkodzi, to kałużowa też nie powinna), potrafi zawrócić  wokół drzewa, gdy obejdzie je ze smyczą. Nawet ukradła mi kiedyś smakołyki, które zostawiłam na stole, przygniecione laptopem, który na nie niefortunnie położyłam - zastałam laptop tak jak go zostawiłam, z tą różnicą, że pod spodem nie było już smakołyków. Do tej pory nie wiem, jak jej się to udało. Wszystkie te umiejętności świadczą o inteligencji psa. Zdałam sobie sprawę, że to ja popełniam w którymś miejscu błąd. Nie mówię językiem zrozumiałym dla psa albo nie umiem go dostatecznie zmotywować. Rozwiązaniem okazał się kliker. To był przełom. Po roku szkoleniowej pustyni, w ciągu dwóch tygodni nauczyłam psa siadać. Może nie jest to jakiś spektakularny sukces (psa rodziców nauczyłam siadać bez klikera w ciągu kwadransa i w dodatku okazało się, że komenda działa w każdych okolicznościach, więc nie musiałam uczyć jej w różnym środowisku), ale mój pies jest także wylękniony jeśli chodzi o szkolenie i każdy kolejny etap muszę poprzedzić dodawaniem psu odwagi. 

Tak więc pamiętajcie. Jeśli pies nie chce czegoś się nauczyć, to nie świadczy o jego braku inteligencji, tylko o naszym braku umiejętności tresera.

środa, 8 kwietnia 2015

Wielkanoc z Psem

Po pierwsze, pragnę wszystkim dwunogim i czteronogim złożyć spóźnione życzenia Smacznego Jajka i udanych, wesołych świąt Wielkiej Nocy. Mam nadzieję, że pogoda dopisywała i mieliście siłę wyjść nieco dalej niż dookoła swojego bloku.

Sobotnia pogoda przyprawiała o ból głowy. Chwila deszczu, potem chwila słońca i tak na zmianę - istny obłęd. Z samego rana musiałam wyskoczyć na trzy godziny do pracy, po powrocie do domu zapięłam psa w szelki i wyruszyłam na spacer. Już po paru minutach poczułam się wyjątkowo nieswojo. Niby sobota. Niby w miarę akceptowalna pogoda. Niby kilka dni wolnego. No właśnie - niby. Jutro święta. Mijam pobliski market z owadem w tytule - tłum ludzi. Poza tym pustka. Żywego ducha. Czasem ktoś przechodzi obładowany siatami. Tym kimś oczywiście kobieta - przecież to ona odczuwa potrzebę ugotowania nieprzebranych ilości jedzenia na święta. Ale mniejsza o aspekty feministyczne. Ulice i chodniki wymarły. A przecież to nie jest znowu takie małe miasto - ponad dwieście tysięcy ludzi - gdzie się wszyscy podziali? Nie spotkałam nikogo z psem - psy też wyginęły? Epidemia jakaś?

Przemierzam więc wymarłe ulice miasta-widmo. Sporadycznie napotkani przechodnie mijają mnie i przyglądają się uważnie, może nieco złowieszczo, tak jakbym robiła coś niestosownego. Myślę sobie, może się ubrudziłam, sprawdziłam spodnie - rozporek zapięty, może coś na twarzy? Aż wreszcie do mnie dotarło. Przedświąteczna sobota. Wszystkie baby w garach. Mężczyźni siedzą cicho, żeby nie wciągnąć ich w przygotowania. Dzieci grają na komputerze ze słuchawkami, żeby hałasy nie przypomniały matkom o ich istnieniu, bo do sklepu będzie trzeba iść po zapomniany proszek do pieczenia albo mąkę, której zabrakło. A ja w tym czasie idę na spacer z psem. Mijający mnie ludzie myślą sobie - no tak, pewnie żeruje na biednej matce/teściowej/siostrze/babci i idzie na święta do kogoś. Nic nie musi przygotowywać degeneratka jedna. A w domu pewnie brud i bałagan, sprzątać też jej się nie chce, z psem woli wyjść na spacer. Żadnego poczucia obowiązku w tym młodym pokoleniu, żadnego szacunku dla tradycji....

Dla jasności, w domu posprzątałam, upiekłam dwa ciasta (w zasadzie jedno, bo sernika na zimno się nie piecze), zrobiłam pasztet, sałatkę i parę innych rzeczy. Nie zrobiłam żurku, bo nie przepadam - może o to im chodziło? Nie jadam żurku - nie jestem dość patriotyczna, ale czy to widać na pierwszy rzut oka? Nieżurkożercy mają jakieś znaki szczególne? W każdym razie pośród tych wszystkich zadań i trzech godzin w pracy znalazłam czas na dwugodzinny spacer z psem. Byłam bardzo zdziwiona, że udało się go znaleźć tylko mi. Może wyszłam o takiej godzinie, że wszyscy pozamykali się w domach? Nie wiem.

Nie całkiem o tym chciałam dziś napisać, więc do brzegu, jak to mawia Moje Kochanie. Ciekawa jestem ile spośród psów, których właściciele nie znaleźli czasu na spacer usłyszało tego dnia: "Azor idź mi stąd!", "Azor, nie plącz się pod nogami!", "Azor, czego Ty znowu chcesz!" A biedny Azor się nudzi. Pancia, która zawsze znajdowała w sobotę chwilę czasu na zabawę, spacer, czy nawet wspólne oglądanie telewizji (oczywiście zaraz po tym jak schowała przerażającego potwora, którym jeździ po dywanach) nagle nie ma dla niego czasu. W kuchni potęga zapachów, nikt na psa nie zwraca uwagi i tylko wszyscy psa przeganiają z kąta w kąt, bo gdzie by nie usiadł, to przeszkadza. 

Ja miałam za to spokój. Wyciągnęłam psa na długi, męczący spacer. Po powrocie pies zwalił się z nóg i zasnął słusznym snem. Owszem, zasnął w kuchni, ale był na tyle uprzejmy, że zrobił to pod stołem, tak, że nie zawadzał. Nie krążyła po całym domu bez celu. O żebraniu nie wspominam, bo nauczyłam psa, że jedyną oznaką, że zaraz pojawi się perspektywa czegoś dobrego, jest psia miska albo otwarta szafka z psimi gadżetami, ale w tym drugim wypadku pies jest ostrożny, bo trzymam tam też szampon i szczotki do wyczesywania. 

Tak więc, zgodnie z zasadą: wilk syty i owca cała, wszystkim polecam wyciągnąć na długi spacer psa zawsze, gdy mamy dużo do przygotowania. Czy to impreza, na którą trzeba naszykować jedzenia, czy to gruntowne porządki w domu, czy przyjazd rodziny. Brać psa na dwór i zmęczyć tak, że będzie marzył wyłącznie o cichym kącie do spania...

środa, 25 marca 2015

Kung Fu spacer

Piękna pogoda nastała, więc rozpoczęły się prawdziwie długie i wreszcie przyjemne spacery. Oczywiście uwielbiam spacery z moją ogoniastą, ale co tu dużo mówić... Jeśli ktoś zna problem wiecznie zimnych dłoni, zrozumie moją niechęć do zimy. Zimowy spacer w moim przypadku równa się grubym rękawiczkom, które z trudem mieszczą się w uchwycie smyczy, a i tak mam po trzydziestu minutach zmarznięte palce. Tak więc zimowy spacer jest z jednej strony bardzo przyjemnym doświadczeniem, bo mój pies uwielbia śnieg i cieszy się nim jak dziecko, co jest naprawdę pociesznym widokiem, ale z drugiej to nieunikniony obowiązek, po którym muszę odmrozić dłonie. 

Nie było nas w mieście cztery dni. Krótki wyjazd na północno-zachodnie rubieże kraju, gdzie mieszkają moi rodzice. Cztery dni... Tyle wystarczyło, żeby nasza łąka stała się spopielonym ochłapem martwej ziemi. Ptaki tam już nie śpiewają. Te, które zdążyły uciec, prędko tam nie wrócą. Te, które nie zdążyły, zamilkły na zawsze. Ludzie mówiąc, że lubią ciszę, często nie zdają sobie sprawy z tego, czym tak naprawdę jest cisza. Wychodząc na spacer za miasto, człowiekowi wydaje się, że jest cicho - pośród tych wszystkich ptasich śpiewów, grania świerszczy, bzyczenia owadów, pośród tego gwaru, nam mieszczuchom wydaje się, że tak właśnie brzmi cisza. I tak jest, z tym że jest to cisza pełna życia, pełna natury, zdrowa i kojąca. A gdy taka łąka spłonie, zalega inna cisza, pozbawiona ptaków, świerszczy i owadów, martwa i niepokojąca. I właśnie w takiej ciszy przyszło nam spacerować. 

I tak oto spacer w pięknych okolicznościach przyrody popsuły nam zgliszcza, ale pies pomimo wyraźnego zaniepokojenia swądem spalenizny, nie stracił ducha zabawy. Już chyba wspominałam, że mój pies nie bawi się zabawkami. Mój pies boi się zabawek. Próby spacerów z piłeczką albo aportem zakończone zostały fiaskiem. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu lubi chwycić patyka i poganiać z nim jak szczeniak. Dostaje przy tym małpiego rozumu i gania wokół mnie z podwiniętym ogonem i postawionymi uszami zupełnie jakby miała ledwie kilka miesięcy. Dziś niestety na smyczy, bo jak już pisałam, w sezonie pożarów łąk nie puszczam psa ze smyczy. 

Po którymś okrążeniu z patykiem, pies jakoś tak kiepsko wycelował, że biegł prosto na mnie. Chciałam zejść jej z drogi, ona chciała mnie w ostatniej chwili ominąć... I jakoś tak wyszło, że spotkałyśmy się po tej samej stronie ścieżki. Konkretniej, jej rozpędzone 28 kilo spotkało się z frontem mojego kolana... 

I tu należy się dygresja. Bo pancia dawnymi czasy trenowała sztuki walki. I na tych sztukach walki pancię uparcie uczono, że w trakcie starcia nie wolno stać na wyprostowanych nogach. Dlatego, ku uciesze panci znajomych, bo widok nieco komiczny, jak tylko coś mnie wystraszy, uginam kolana. Weszło mi to w krew i nic na to nie poradzę. I co tu dużo mówić, gdyby nie ten odruch, pisałabym dziś w łóżku, z nogą w stabilizatorze (bo ponoć gips wychodzi z łask medycyny), bo zabiegu łatania kolana. 

Zanim kolano po uderzeniu się wyprostowało, nieco energii uderzenia zostało już pochłonięte, co ocaliło mój staw. Ból nie do opisania. Musiałam usiąść, bo zrobiło mi się aż słabo. I nagle panika. Jak ja do domu wrócę teraz - siedzę pośrodku niczego, nawet nie wytłumaczę pogotowiu, gdzie mają po mnie przyjechać. No i co z psem? No więc trudno - trzeba było przetestować wytrzymałość kolana i wstać. Co na szczęście się powiodło. Jakimś cudem zdołałam do domu wrócić. Nawet udało mi się zadzwonić do Mojego Kochania, który zwolnił się z pracy, żeby pojechać ze mną do lekarza. Stamtąd odesłano nas do szpitala, bo z czymś takim nie można czekać na wizytę u ortopedy, a taka najwcześniej za miesiąc. Na pogotowiu wyczekaliśmy się trzy godziny, po czym lekarz zaordynował zdjęcie rentgenowskie. Jak już zobaczył, że kości są jak trzeba, powyginał mi kolano na strony, o których nawet nie podejrzewałam, że kolano można wygiąć i stwierdził, że wszystko jest w należytym porządku, kolano boli i boleć będzie, bo gdyby po czymś takim nie bolało, to dopiero byłby powód do zmartwienia. Zalecił ograniczenie ruchu na jakiś czas (cokolwiek to precyzyjne określenie oznacza) i więcej ostrożności na przyszłość. 

I miało być ograniczenie ruchu... I miała być ostrożność... I gdy już miałam skręcić za blok na krótki spacer, spojrzałam w te słodkie oczka i w rezultacie wylądowałyśmy na łąkach i wyspacerowałyśmy się w tempie stosownym dla kaleki... No bo jak tu odmówić ogoniastej takiej frajdy?


poniedziałek, 16 marca 2015

Urodzinowy prezent

W weekend miałam urodziny... Czyli znowu jestem starsza. W związku z powyższym, wysnułam dwa wnioski. Ale żeby je przedstawić, niezbędnych jest kilka słów wyjaśnienia.

Od Mojego Kochania dostałam książkę Anny Biziorek "Szkolenie Psa. Jak wychować idealnego pupila". Jestem w trakcie czytania i w wielu sprawach przyznaję pani Annie rację, choć znalazło się kilka punktów, w których mam wątpliwości co do słuszności porady. Niemniej jednak o książce kiedy indziej, najpierw muszę ją przestudiować wzdłuż i wszerz i na wspak oczywiście również (byle nie na opak), dopiero potem pokuszę się o jakąś opinię na jej temat.

Tymczasem poczytałam sobie o nauce oddawania smakołyków na komendę. Polega to na tym, że dajesz psu np. kość (oczywiście spełniającą standardy bezpieczeństwa), a za plecami masz coś, co dla psa jest jeszcze lepszym kąskiem. Założenie jest takie, że pies porzuca dotychczasowy smakołyk na rzecz lepszego, my wydajemy w międzyczasie komendę oddawania, czynność regularnie powtarzamy, aż pies załapie, że opłaca się pozbyć na dane hasło tego co ma w pysku, żeby zrobić miejsce dla czegoś znacznie lepszego. Takie pozytywne wzmocnienie. I wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku oprócz dwóch kwestii. Mój pies to żarłok. Jak już mu coś wpadnie do pyska, to jedynym sposobem, żeby opróżnić tenże pysk, jest połknięcie dotychczasowego smakołyka. Jeśli jest dostatecznie duży, żeby nie było to możliwe bez wcześniejszego pogryzienia, to nic go nie odciągnie od smakołyka, w myśl idei: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Natomiast gdyby już jakimś cudem pies uznał, że należy porzucić dotychczasowy smakołyk, bo pancia ma coś super-, hiper-, ekstra-wyśmienitego, to nie będzie to subtelne położenie smakołyka na ziemi (tak, żeby pancia miała czas na wyrzucenie z siebie jak z karabinu komendy) i oczekiwanie na ten fajniejszy. To będzie wyplucie smakołyka i przyjęcie dziwacznej pozycji pomiędzy siad a waruj, którą mój pies zwykł przyjmować nie mogąc odgadnąć o co za chwilę poprosi pancia. No i oczywiście zaglądanie za plecy czy aby węch jej nie zawodzi, bo jak już przecież wspomniałam, mój pies to żarłok

Wszystko wydaje się być fantastycznym sposobem, dopóki tego nie spróbujemy. Autorzy z reguły opisują szkolenie szczeniaka, który jest jak czysta kartka papieru, nie ma swoich zwichrowań, nikt go wcześniej nie  uczył i nie musisz poprawiać czyichś błędów. Moja psica spędziła trzy lata swojego życia pod cudzą opieką, z czego ponad rok przypadł na zamknięty kojec w schronisku, gdzie właściwie była pod swoją własną opieką. Niewiele jest poradników podpowiadających jak poradzić sobie z tym, że pies reaguje na komendę strachem i jedyne co robi to trzęsie się jak galareta.

Do nauki wybrałam kliker. Zajęło mi kilka dni zanim zdołałam moje maleństwo przekonać, że kliker jest jej dobrym kolegą i obietnicą jakiegoś łakocia. Kolejne dwa tygodnie pracowałam nad tym, żeby odblokować reakcję na wydawanie komend. Frida na wydanie komendy reagowała strachem. Dopóki nakierowywałam ją na planowaną czynność przesuwając smakołyk (zaczęłam od siadania), wszystko było jak należy. W momencie, kiedy dodawałam do tego, co robi słowo komendy, obserwowałam narastające w niej napięcie. Strach przed karą za złe wykonanie. Ktoś niewątpliwie szkolił mojego psa w przeszłości, ale dużo lepiej by było, gdyby w ogóle tego nie robił. Dopiero po czasie pies dostrzegł, że wystarczy się na mnie skupić, żeby dostać coś dobrego, ale ten strach nadal w niej jest. Bardzo ciężko jest mi rozpocząć naukę nowej komendy, bo Frida, gdy tyko nie rozumie czego od niej chcę, od razu łasi się i pojednawczo podaje łapę. We wszelkiej maści poradnikach autorzy piszą, aby z psem postępować subtelnie, a z psami doświadczonymi przez życie szczególnie. Nie uświadamiają jednak właścicielom jak bardzo psychika takiego psa jest wrażliwa, jak niewiele trzeba, żeby wywołać w nim lęk.

Krótko mówiąc na papierze wszystko wygląda na proste, wręcz banalne. Nic tylko zrobić z psa cyrkowca i popisywać się przed znajomymi. Ale gdy przychodzi do nauki, okazuje się, że rady autora trzeba przeliczyć na własnego psa i początkowo stosując się do książkowych wytycznych odkrywamy po niedługim czasie, że w zasadzie to, co właśnie robimy, niewiele ma już wspólnego z pierwotnym zamysłem. I tylko taka elastyczność jest w stanie uchronić nas przed klęską. Nie każdy nadaje się na trenera, nie wszystkie psy nadają się na cyrkowców. Dopóki właściciel psa tego nie pojmie, nie nauczy psa niczego.

A druga urodzinowa konkluzja to złość na ludzi, którym niczego nie da się wytłumaczyć. Mam psa alergika. Zestaw pokarmowych alergenów jest na tyle szeroki, że właściwie nie pozostało mi nic innego jak karma hipoalergiczna. A to i tak nie do końca załatwia sprawę, bo uczulenie ma jeszcze jakieś środowiskowe, niestety nie udało mi się ustalić dotąd na co. Jeśli trzymam ją na ścisłej diecie, mogę odstawić sterydy. No właśnie... Ścisła dieta. Pierwsze co słyszą moi goście przy moim stole, to "nie dokarmiać psa, bo jest chory". A potem słyszę, ale co ty opowiadasz, przecież wygląda dobrze.

Tym razem nie wytrzymałam. Gdy zobaczyłam jak mój pies wcina sobie na spółkę z moim gościem ciasteczko z mlecznym nadzieniem i usłyszałam, że to tylko kawałek ciastka i przecież taka mała ilość psu nie zaszkodzi, podziękowałam w imieniu psa za to, że teraz czeka ją tydzień zastrzyków, żeby reakcję wyhamować i nie dopuścić rozdrapanych ran na ciele. I proszę bardzo. Można mówić, można tłumaczyć, można prosić i zabraniać. Wszyscy i tak wiedzą lepiej od ciebie, co psu zaszkodzi a co nie.

Pies dzisiaj przyjął pierwszy z trzech zastrzyków. Patrzył smutnymi oczami na zbliżającą się igłę i tylko podkulił ogon i schował łeb...

niedziela, 8 marca 2015

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie...

Z tego miejsca życzę wszystkim - tym dwunożnym, jak i tym czteronożnym kobietom wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. Mam nadzieję, że zbliżający się sezon wiosenny będzie udany bardziej niż poprzedni. A naszym czworonogom życzę jeszcze pyszniejszych smakowitości.

Piękna pogoda zagościła u nas i wstydem by było z niej nie skorzystać. Tak więc zwlokłam Moje Kochanie z łóżka i pomimo leniwej niedzieli wywłóczyliśmy się za miasto. Widok piękny, temperatura też zachęcająca. Uwielbiam ten moment, gdy przyroda zaczyna wybudzać się ze snu, ziemia rozmarza, dając ten niepowtarzalny aromat obietnicy bliskiej wiosny (kilka słów dla mieszczuchów - przedwiośnie w mieście nieodzownie kojarzy się z zapachem rozmarzających psich odchodów, za to za miastem rozmarzająca ziemia ma niepowtarzalny i trudny do uchwycenia zapach, który zdaje się być bardziej wrażeniem zapachu niż nim samym). Od mamy wiem, że szpaki biją się już z wróblami o budki lęgowe, a sama na własne oczy widziałam i słyszałam zresztą też pięknie śpiewającego skowronka, który wisiał nad łąką. I chociaż wszystko jeszcze szare i wyblakłe, to jakoś natura napawa wiosennym optymizmem. 




W psisko również wstąpił wiosenny duch i szalała jak szczeniak, co chwilę próbując upolować jakiegoś gryzonia, który też wyczuł już wiosnę. W rezultacie skończyło się to wywalonym jęzorem i gigantycznym pragnieniem (pancia niestety nie podejrzewała takiej eskalacji psiej radości i nie zaopatrzyła się w wodę dla psa), które towarzyszyło nam aż do powrotu do domu.





I cały nasz spacer byłby niezwykle pozytywnym doświadczeniem do samego końca, gdyby nie dopadł nas swąd spalenizny. Tak... Ten charakterystyczny zapach jaki nieodłącznie towarzyszy tej porze roku. Nie minęło parę minut a w oddali wypatrzyliśmy dwie jednostki straży pożarnej i walczących z ogniem strażaków. Cóż było zrobić. Pies wrócił na smycz, co skwitowała smutnym spojrzeniem na pancię i resztę spaceru przebyliśmy już na smyczy. Wydawać by się mogło, że z uwagi na liczne kampanie namawiające do skończenia z tym głupim zwyczajem, z roku na rok będzie coraz mniej takich pożarów. Podczas gdy problem nie znika. Ba, on się nawet odrobinę nie zmniejsza. Kolejne roczniki młodzieży sięgają po zapałki i zapalniczki. Czy to jakaś genetyczna wada człowieka, że musi spalić kawałek pola na znak że wiosna blisko? Co roku szkoda mi tych zwierząt, które w popłochu muszą uciekać przed ogniem, tych ptaków, które zdążyły uwić już na ziemi gniazdo i muszą je teraz porzucić i tych zwierząt które przed ogniem uciec nie są w stanie. Tysiące jeży żegna się z życiem co roku, żaby, bezkręgowce... Wypalanie traw to nieświadome bestialstwo. Wystarczy rzucić zapałkę i niezliczone rzesze drobnych zwierzątek jak ślimak giną w męczarniach... Coś potwornego.

Może jestem przewrażliwiona, ale nie puszczam mojego psa ze smyczy w tym okresie. Po prostu się boję. Boję się, że pobiegnie za jakąś zwierzyną (w końcu to tylko pies) i zapędzi się gdzieś gdzie ogień ją odetnie - przecież tyle w wiadomościach słychać o ludziach którzy spłonęli, że ogień i dym ją spłoszy i pobiegnie na oślep i nie będzie potrafiła wrócić, że wbiegnie przestraszona na drogę (tam gdzie chodzimy na spacery drogi są bardzo daleko, ale jeśli się chwilę zastanowić, to biegnący na oślep pies porusza się z dużą prędkością) i potrąci ją auto... Aż mnie ciarki przechodzą na myśl o którejkolwiek z tych możliwości. Dlatego w sezonie wypalania traw pies chodzi na smyczy. Co roku po kilku tygodniach tego procederu Frida uczy się rozpoznawać zapach w tak małym stężeniu, że ja nie jestem w stanie go wyczuć i grzecznie idzie tuż za nogą, lekko zaniepokojona i pokorna. W zeszłym roku jak tylko weszłyśmy na łąki, pies od razu przyległ do mnie i trzymał się nogi jak zahipnotyzowany. Kawałek dalej spłonął dobry hektar zieleni. Wszystko już wygaszone, pewnie dzień wcześniej, bo byłam tam rano. Ale mimo psiej ostrożności wolę zachować moją, ludzką ostrożność, bo nie umiałabym sobie wybaczyć, gdyby przez moje niedopatrzenie coś stało się mojej dziewczynce.