środa, 25 marca 2015

Kung Fu spacer

Piękna pogoda nastała, więc rozpoczęły się prawdziwie długie i wreszcie przyjemne spacery. Oczywiście uwielbiam spacery z moją ogoniastą, ale co tu dużo mówić... Jeśli ktoś zna problem wiecznie zimnych dłoni, zrozumie moją niechęć do zimy. Zimowy spacer w moim przypadku równa się grubym rękawiczkom, które z trudem mieszczą się w uchwycie smyczy, a i tak mam po trzydziestu minutach zmarznięte palce. Tak więc zimowy spacer jest z jednej strony bardzo przyjemnym doświadczeniem, bo mój pies uwielbia śnieg i cieszy się nim jak dziecko, co jest naprawdę pociesznym widokiem, ale z drugiej to nieunikniony obowiązek, po którym muszę odmrozić dłonie. 

Nie było nas w mieście cztery dni. Krótki wyjazd na północno-zachodnie rubieże kraju, gdzie mieszkają moi rodzice. Cztery dni... Tyle wystarczyło, żeby nasza łąka stała się spopielonym ochłapem martwej ziemi. Ptaki tam już nie śpiewają. Te, które zdążyły uciec, prędko tam nie wrócą. Te, które nie zdążyły, zamilkły na zawsze. Ludzie mówiąc, że lubią ciszę, często nie zdają sobie sprawy z tego, czym tak naprawdę jest cisza. Wychodząc na spacer za miasto, człowiekowi wydaje się, że jest cicho - pośród tych wszystkich ptasich śpiewów, grania świerszczy, bzyczenia owadów, pośród tego gwaru, nam mieszczuchom wydaje się, że tak właśnie brzmi cisza. I tak jest, z tym że jest to cisza pełna życia, pełna natury, zdrowa i kojąca. A gdy taka łąka spłonie, zalega inna cisza, pozbawiona ptaków, świerszczy i owadów, martwa i niepokojąca. I właśnie w takiej ciszy przyszło nam spacerować. 

I tak oto spacer w pięknych okolicznościach przyrody popsuły nam zgliszcza, ale pies pomimo wyraźnego zaniepokojenia swądem spalenizny, nie stracił ducha zabawy. Już chyba wspominałam, że mój pies nie bawi się zabawkami. Mój pies boi się zabawek. Próby spacerów z piłeczką albo aportem zakończone zostały fiaskiem. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu lubi chwycić patyka i poganiać z nim jak szczeniak. Dostaje przy tym małpiego rozumu i gania wokół mnie z podwiniętym ogonem i postawionymi uszami zupełnie jakby miała ledwie kilka miesięcy. Dziś niestety na smyczy, bo jak już pisałam, w sezonie pożarów łąk nie puszczam psa ze smyczy. 

Po którymś okrążeniu z patykiem, pies jakoś tak kiepsko wycelował, że biegł prosto na mnie. Chciałam zejść jej z drogi, ona chciała mnie w ostatniej chwili ominąć... I jakoś tak wyszło, że spotkałyśmy się po tej samej stronie ścieżki. Konkretniej, jej rozpędzone 28 kilo spotkało się z frontem mojego kolana... 

I tu należy się dygresja. Bo pancia dawnymi czasy trenowała sztuki walki. I na tych sztukach walki pancię uparcie uczono, że w trakcie starcia nie wolno stać na wyprostowanych nogach. Dlatego, ku uciesze panci znajomych, bo widok nieco komiczny, jak tylko coś mnie wystraszy, uginam kolana. Weszło mi to w krew i nic na to nie poradzę. I co tu dużo mówić, gdyby nie ten odruch, pisałabym dziś w łóżku, z nogą w stabilizatorze (bo ponoć gips wychodzi z łask medycyny), bo zabiegu łatania kolana. 

Zanim kolano po uderzeniu się wyprostowało, nieco energii uderzenia zostało już pochłonięte, co ocaliło mój staw. Ból nie do opisania. Musiałam usiąść, bo zrobiło mi się aż słabo. I nagle panika. Jak ja do domu wrócę teraz - siedzę pośrodku niczego, nawet nie wytłumaczę pogotowiu, gdzie mają po mnie przyjechać. No i co z psem? No więc trudno - trzeba było przetestować wytrzymałość kolana i wstać. Co na szczęście się powiodło. Jakimś cudem zdołałam do domu wrócić. Nawet udało mi się zadzwonić do Mojego Kochania, który zwolnił się z pracy, żeby pojechać ze mną do lekarza. Stamtąd odesłano nas do szpitala, bo z czymś takim nie można czekać na wizytę u ortopedy, a taka najwcześniej za miesiąc. Na pogotowiu wyczekaliśmy się trzy godziny, po czym lekarz zaordynował zdjęcie rentgenowskie. Jak już zobaczył, że kości są jak trzeba, powyginał mi kolano na strony, o których nawet nie podejrzewałam, że kolano można wygiąć i stwierdził, że wszystko jest w należytym porządku, kolano boli i boleć będzie, bo gdyby po czymś takim nie bolało, to dopiero byłby powód do zmartwienia. Zalecił ograniczenie ruchu na jakiś czas (cokolwiek to precyzyjne określenie oznacza) i więcej ostrożności na przyszłość. 

I miało być ograniczenie ruchu... I miała być ostrożność... I gdy już miałam skręcić za blok na krótki spacer, spojrzałam w te słodkie oczka i w rezultacie wylądowałyśmy na łąkach i wyspacerowałyśmy się w tempie stosownym dla kaleki... No bo jak tu odmówić ogoniastej takiej frajdy?


poniedziałek, 16 marca 2015

Urodzinowy prezent

W weekend miałam urodziny... Czyli znowu jestem starsza. W związku z powyższym, wysnułam dwa wnioski. Ale żeby je przedstawić, niezbędnych jest kilka słów wyjaśnienia.

Od Mojego Kochania dostałam książkę Anny Biziorek "Szkolenie Psa. Jak wychować idealnego pupila". Jestem w trakcie czytania i w wielu sprawach przyznaję pani Annie rację, choć znalazło się kilka punktów, w których mam wątpliwości co do słuszności porady. Niemniej jednak o książce kiedy indziej, najpierw muszę ją przestudiować wzdłuż i wszerz i na wspak oczywiście również (byle nie na opak), dopiero potem pokuszę się o jakąś opinię na jej temat.

Tymczasem poczytałam sobie o nauce oddawania smakołyków na komendę. Polega to na tym, że dajesz psu np. kość (oczywiście spełniającą standardy bezpieczeństwa), a za plecami masz coś, co dla psa jest jeszcze lepszym kąskiem. Założenie jest takie, że pies porzuca dotychczasowy smakołyk na rzecz lepszego, my wydajemy w międzyczasie komendę oddawania, czynność regularnie powtarzamy, aż pies załapie, że opłaca się pozbyć na dane hasło tego co ma w pysku, żeby zrobić miejsce dla czegoś znacznie lepszego. Takie pozytywne wzmocnienie. I wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku oprócz dwóch kwestii. Mój pies to żarłok. Jak już mu coś wpadnie do pyska, to jedynym sposobem, żeby opróżnić tenże pysk, jest połknięcie dotychczasowego smakołyka. Jeśli jest dostatecznie duży, żeby nie było to możliwe bez wcześniejszego pogryzienia, to nic go nie odciągnie od smakołyka, w myśl idei: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Natomiast gdyby już jakimś cudem pies uznał, że należy porzucić dotychczasowy smakołyk, bo pancia ma coś super-, hiper-, ekstra-wyśmienitego, to nie będzie to subtelne położenie smakołyka na ziemi (tak, żeby pancia miała czas na wyrzucenie z siebie jak z karabinu komendy) i oczekiwanie na ten fajniejszy. To będzie wyplucie smakołyka i przyjęcie dziwacznej pozycji pomiędzy siad a waruj, którą mój pies zwykł przyjmować nie mogąc odgadnąć o co za chwilę poprosi pancia. No i oczywiście zaglądanie za plecy czy aby węch jej nie zawodzi, bo jak już przecież wspomniałam, mój pies to żarłok

Wszystko wydaje się być fantastycznym sposobem, dopóki tego nie spróbujemy. Autorzy z reguły opisują szkolenie szczeniaka, który jest jak czysta kartka papieru, nie ma swoich zwichrowań, nikt go wcześniej nie  uczył i nie musisz poprawiać czyichś błędów. Moja psica spędziła trzy lata swojego życia pod cudzą opieką, z czego ponad rok przypadł na zamknięty kojec w schronisku, gdzie właściwie była pod swoją własną opieką. Niewiele jest poradników podpowiadających jak poradzić sobie z tym, że pies reaguje na komendę strachem i jedyne co robi to trzęsie się jak galareta.

Do nauki wybrałam kliker. Zajęło mi kilka dni zanim zdołałam moje maleństwo przekonać, że kliker jest jej dobrym kolegą i obietnicą jakiegoś łakocia. Kolejne dwa tygodnie pracowałam nad tym, żeby odblokować reakcję na wydawanie komend. Frida na wydanie komendy reagowała strachem. Dopóki nakierowywałam ją na planowaną czynność przesuwając smakołyk (zaczęłam od siadania), wszystko było jak należy. W momencie, kiedy dodawałam do tego, co robi słowo komendy, obserwowałam narastające w niej napięcie. Strach przed karą za złe wykonanie. Ktoś niewątpliwie szkolił mojego psa w przeszłości, ale dużo lepiej by było, gdyby w ogóle tego nie robił. Dopiero po czasie pies dostrzegł, że wystarczy się na mnie skupić, żeby dostać coś dobrego, ale ten strach nadal w niej jest. Bardzo ciężko jest mi rozpocząć naukę nowej komendy, bo Frida, gdy tyko nie rozumie czego od niej chcę, od razu łasi się i pojednawczo podaje łapę. We wszelkiej maści poradnikach autorzy piszą, aby z psem postępować subtelnie, a z psami doświadczonymi przez życie szczególnie. Nie uświadamiają jednak właścicielom jak bardzo psychika takiego psa jest wrażliwa, jak niewiele trzeba, żeby wywołać w nim lęk.

Krótko mówiąc na papierze wszystko wygląda na proste, wręcz banalne. Nic tylko zrobić z psa cyrkowca i popisywać się przed znajomymi. Ale gdy przychodzi do nauki, okazuje się, że rady autora trzeba przeliczyć na własnego psa i początkowo stosując się do książkowych wytycznych odkrywamy po niedługim czasie, że w zasadzie to, co właśnie robimy, niewiele ma już wspólnego z pierwotnym zamysłem. I tylko taka elastyczność jest w stanie uchronić nas przed klęską. Nie każdy nadaje się na trenera, nie wszystkie psy nadają się na cyrkowców. Dopóki właściciel psa tego nie pojmie, nie nauczy psa niczego.

A druga urodzinowa konkluzja to złość na ludzi, którym niczego nie da się wytłumaczyć. Mam psa alergika. Zestaw pokarmowych alergenów jest na tyle szeroki, że właściwie nie pozostało mi nic innego jak karma hipoalergiczna. A to i tak nie do końca załatwia sprawę, bo uczulenie ma jeszcze jakieś środowiskowe, niestety nie udało mi się ustalić dotąd na co. Jeśli trzymam ją na ścisłej diecie, mogę odstawić sterydy. No właśnie... Ścisła dieta. Pierwsze co słyszą moi goście przy moim stole, to "nie dokarmiać psa, bo jest chory". A potem słyszę, ale co ty opowiadasz, przecież wygląda dobrze.

Tym razem nie wytrzymałam. Gdy zobaczyłam jak mój pies wcina sobie na spółkę z moim gościem ciasteczko z mlecznym nadzieniem i usłyszałam, że to tylko kawałek ciastka i przecież taka mała ilość psu nie zaszkodzi, podziękowałam w imieniu psa za to, że teraz czeka ją tydzień zastrzyków, żeby reakcję wyhamować i nie dopuścić rozdrapanych ran na ciele. I proszę bardzo. Można mówić, można tłumaczyć, można prosić i zabraniać. Wszyscy i tak wiedzą lepiej od ciebie, co psu zaszkodzi a co nie.

Pies dzisiaj przyjął pierwszy z trzech zastrzyków. Patrzył smutnymi oczami na zbliżającą się igłę i tylko podkulił ogon i schował łeb...

niedziela, 8 marca 2015

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie...

Z tego miejsca życzę wszystkim - tym dwunożnym, jak i tym czteronożnym kobietom wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet. Mam nadzieję, że zbliżający się sezon wiosenny będzie udany bardziej niż poprzedni. A naszym czworonogom życzę jeszcze pyszniejszych smakowitości.

Piękna pogoda zagościła u nas i wstydem by było z niej nie skorzystać. Tak więc zwlokłam Moje Kochanie z łóżka i pomimo leniwej niedzieli wywłóczyliśmy się za miasto. Widok piękny, temperatura też zachęcająca. Uwielbiam ten moment, gdy przyroda zaczyna wybudzać się ze snu, ziemia rozmarza, dając ten niepowtarzalny aromat obietnicy bliskiej wiosny (kilka słów dla mieszczuchów - przedwiośnie w mieście nieodzownie kojarzy się z zapachem rozmarzających psich odchodów, za to za miastem rozmarzająca ziemia ma niepowtarzalny i trudny do uchwycenia zapach, który zdaje się być bardziej wrażeniem zapachu niż nim samym). Od mamy wiem, że szpaki biją się już z wróblami o budki lęgowe, a sama na własne oczy widziałam i słyszałam zresztą też pięknie śpiewającego skowronka, który wisiał nad łąką. I chociaż wszystko jeszcze szare i wyblakłe, to jakoś natura napawa wiosennym optymizmem. 




W psisko również wstąpił wiosenny duch i szalała jak szczeniak, co chwilę próbując upolować jakiegoś gryzonia, który też wyczuł już wiosnę. W rezultacie skończyło się to wywalonym jęzorem i gigantycznym pragnieniem (pancia niestety nie podejrzewała takiej eskalacji psiej radości i nie zaopatrzyła się w wodę dla psa), które towarzyszyło nam aż do powrotu do domu.





I cały nasz spacer byłby niezwykle pozytywnym doświadczeniem do samego końca, gdyby nie dopadł nas swąd spalenizny. Tak... Ten charakterystyczny zapach jaki nieodłącznie towarzyszy tej porze roku. Nie minęło parę minut a w oddali wypatrzyliśmy dwie jednostki straży pożarnej i walczących z ogniem strażaków. Cóż było zrobić. Pies wrócił na smycz, co skwitowała smutnym spojrzeniem na pancię i resztę spaceru przebyliśmy już na smyczy. Wydawać by się mogło, że z uwagi na liczne kampanie namawiające do skończenia z tym głupim zwyczajem, z roku na rok będzie coraz mniej takich pożarów. Podczas gdy problem nie znika. Ba, on się nawet odrobinę nie zmniejsza. Kolejne roczniki młodzieży sięgają po zapałki i zapalniczki. Czy to jakaś genetyczna wada człowieka, że musi spalić kawałek pola na znak że wiosna blisko? Co roku szkoda mi tych zwierząt, które w popłochu muszą uciekać przed ogniem, tych ptaków, które zdążyły uwić już na ziemi gniazdo i muszą je teraz porzucić i tych zwierząt które przed ogniem uciec nie są w stanie. Tysiące jeży żegna się z życiem co roku, żaby, bezkręgowce... Wypalanie traw to nieświadome bestialstwo. Wystarczy rzucić zapałkę i niezliczone rzesze drobnych zwierzątek jak ślimak giną w męczarniach... Coś potwornego.

Może jestem przewrażliwiona, ale nie puszczam mojego psa ze smyczy w tym okresie. Po prostu się boję. Boję się, że pobiegnie za jakąś zwierzyną (w końcu to tylko pies) i zapędzi się gdzieś gdzie ogień ją odetnie - przecież tyle w wiadomościach słychać o ludziach którzy spłonęli, że ogień i dym ją spłoszy i pobiegnie na oślep i nie będzie potrafiła wrócić, że wbiegnie przestraszona na drogę (tam gdzie chodzimy na spacery drogi są bardzo daleko, ale jeśli się chwilę zastanowić, to biegnący na oślep pies porusza się z dużą prędkością) i potrąci ją auto... Aż mnie ciarki przechodzą na myśl o którejkolwiek z tych możliwości. Dlatego w sezonie wypalania traw pies chodzi na smyczy. Co roku po kilku tygodniach tego procederu Frida uczy się rozpoznawać zapach w tak małym stężeniu, że ja nie jestem w stanie go wyczuć i grzecznie idzie tuż za nogą, lekko zaniepokojona i pokorna. W zeszłym roku jak tylko weszłyśmy na łąki, pies od razu przyległ do mnie i trzymał się nogi jak zahipnotyzowany. Kawałek dalej spłonął dobry hektar zieleni. Wszystko już wygaszone, pewnie dzień wcześniej, bo byłam tam rano. Ale mimo psiej ostrożności wolę zachować moją, ludzką ostrożność, bo nie umiałabym sobie wybaczyć, gdyby przez moje niedopatrzenie coś stało się mojej dziewczynce.



sobota, 7 marca 2015

MacGyver weterynarii

Nurkując w głębinach internetów natrafiłam na hasło "Mój pies moja kupa, Twój piknik, Twoje śmieci". I przypomniała mi się historia, kiedy to moje psisko rozcięło sobie łapę. 

Nie mam w zwyczaju pędzić ze wszystkim do przychodni. Zwłaszcza jak pies się skaleczy. Jestem po licznych kursach pierwszej pomocy (ludzkiej co prawda), a co najważniejsze zachowuję zimną krew. Tak więc w nagłych wypadkach potrafię udzielić pomocy i wstępnie ocenić sytuację. Nie twierdzę, że od ręki zrobię zabieg przeszczepu nerki na środku łąki i nie próbuję absolutnie zgrywać dr House'a, ale jestem zdania, że kilka kropelek krwi to jeszcze nie fontanna i tak jak my nasze drobne skaleczenia zaklejamy plastrem i o nich zapominamy, tak samo psy również potrafią się zagoić same dzięki magii własnego ciała, gdy chodzi o jakieś małe strupki. 

W pierwszej chwili uznałam, że to właśnie tego rodzaju draśnięcie. Pies nadepnął na szkło rozbite w krzakach (za co serdecznie dziękuję ogniskującej latem młodzieży) Po kilku krokach zaczęła mi się nie podobać ilość krwi... Tylko co zrobić w chwili, gdy jest się jakieś cztery kilometry od najbliższego gabinetu, a z psa kropla za kroplą ciurkiem krew ucieka? Naturalnie rzecz się działa w niedzielę, bo takie rzeczy zawsze dzieją się w niedzielę, święta albo w nocy. Szybka myśl, co ja mam przy sobie? Klucze, telefon, smycz z brelokiem i woreczkami, a w kieszeni bluzy słuchawki do telefonu. Niewiele myśląc zawinęłam łapę woreczkami (całe szczęście kupuję takie w rolce, więc posłużyły prawie jak bandaż), między warstwami umieściłam kapsel (znaleziony zaraz obok - kto wie czy nie od butelki, którą pokaleczył mi się pies) i całość docisnęłam delikatnie kablem słuchawek. 

Nie ukrywam, że za psem wszyscy się oglądali (tym bardziej że woreczki czarne a słuchawki różowe). Doszłyśmy do domu (który i tak bym mijała po drodze, więc wstąpiłyśmy). Odwinęłam opatrunek, żeby zamienić go na jakiś bardziej medyczny, okazało się, że krew przestała lecieć. Pomyślałam, że poczekam na rozwój wydarzeń, bo skoro nie leci to znaczy, że nie jest tak źle, ale dla pewności zadzwoniłam do naszego chirurga, który utwierdził mnie w przekonaniu, że brak krwi to dobry znak i nie ma powodów do strachu. I nie było - do czasu następnego spaceru. Pies odszedł parę metrów od klatki i już zaczął szarpać łapą, bo jej opatrunek przeszkadza. Oczywiście krew znowu zaczęła lecieć. Udało mi się ściągnąć chirurga do pracy i pojechałam tam z psem. Obejrzał łapę, wyjaśnił, że to nie do operowania, bo na tyle małe naczynie, że zasklepi się samo, szkoda znieczulać psa do tego to po pierwsze, po drugie, będzie musiał ranę rozgrzebać, żeby znaleźć dobre miejsce do podszycia tego naczynia i będzie więcej gojenia niż bez cięcia. No tylko co zrobić, gdy skrzep puszcza jak tylko pies postawi łapę na ziemi? Nie pozwolić psu na stawianie łapy. 

Tak więc Frida przez kolejne dwa dni na spacery wychodziła z temblakiem (w przypadku psa polega to na przybandażowaniu pozginanej łapy do tułowia). Jak nigdy okazała się w tym względzie bardzo wyrozumiała. Po zawinięciu temblaka stała grzecznie i czekała aż ją zniosę i postawię na trawie, załatwiała się od razu i grzecznie pozwalała się zanieść z powrotem do domu. Po zdjęciu bandaża grzecznie kładła się na legowisku, gdzie spędziła cały dzień. Nawet miskę dostała do łóżka. W poniedziałek wieczorem wyszła już bez temblaka, a do końca tygodnia chodziła w opatrunku.



I tak pancia nauczyła się kolejnej ważnej rzeczy. W niezbędniku spacerowicza zawsze trzeba mieć rolkę bandaża i jakiś gazik, bo człowiek nie zna dnia ani godziny...

czwartek, 5 marca 2015

7.15, poniedziałek, pada deszcz...

Pierwsze słowa piosenki starego, dobrego zespołu Róże Europy. Ale nie o muzyce dzisiejszy wpis. 

 Z psem wychodzimy na długi spacer rano, przed pracą. Powody są dwa. Po pierwsze, rano mam na to czas. Kończąc o 18.00 zanim wrócę do domu i zrobię jakieś jedzenie (bo obiadem ciężko nazwać posiłek o tej porze), ani się człowiek obejrzy a już wieczór, zmęczenie i ciężko nawet zmobilizować się do wieczornego siku z psem. A dwa, poranny spacer sprawia, że pies jest zadowolony i zmęczony, dzięki czemu, gdy wychodzę do pracy pies tylko unosi głowę i po chwili ją kładzie, zamyka oczy i chrapie dalej. Pod moją nieobecność odpoczywa i zbiera siły na wieczorny czas z pancią.

Mój typowy dzień tygodnia latem zaczyna się o 6.30. Ubieram się i wychodzę z psem na co najmniej półtoragodzinny spacer, potem jakieś śniadanie, szybki prysznic i do pracy. No właśnie - latem. Gdy przychodzi jesień i dzień się skraca, a wschód słońca jest coraz później my też wychodzimy później. Nie widzę nic przyjemnego w łażeniu po krzakach zimą po ciemku, więc wstaję gdy jest jeszcze ciemno, dla odmiany, najpierw biorę prysznic i jem, a dopiero potem wychodzę. I tak przez całą zimę, aż słońce zacznie wstawać około 7.00 czyli w połowie lutego. Sukcesywnie przestawiam o parę minut budzik, tak, żeby wstawać o wschodzie słońca, aż dochodzimy do 6.30 i nasz tryb życia wraca do letniego.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że mój pies orientuje się w pewnym momencie, że im wcześniej robi się jasno, tym wcześniej pancia zbiera odwłok z łóżka i można wyjść na zewnątrz i poszaleć na łące. Ale co zrobić, gdy jest jasno a budzik wciąż jeszcze nie dzwoni? Jak to co, wsadzić zimny, mokry nos pod kołdrę i mazać nim po stopie albo łydce panci. Efekt murowany. Dzisiejsza pobudka - 6.20... I dziesięć minut leżenia w łóżku i zaciskania zębów, bo pies kombinuje jak tu pancię zwlec z wyra i jest coraz bardziej nachalny. Mądre książki każą takiego gada ignorować, co też czynię i co właściwie działa. W każdym razie w zeszłym i jeszcze poprzednim roku działało.Mniej więcej dwa tygodnie trwa zanim pies pojmie, że o tym o której wstaniemy decyduje nie on, tylko budzik. Sprawdziłam w kalendarzu wschodów i zachodów słońca. Za tydzień wschód będzie o 6.00. A więc o tej godzinie zacznie się sabotaż mojego spania...

I niech jeszcze kiedyś Moje Kochanie powie, że moja psina jest głupia, bo nie chce dać łapę, kiedy każą

poniedziałek, 2 marca 2015

Ile tak naprawdę kosztuje utrzymanie psa

Dziś postanowiłam przyłączyć się do akcji "Psijacielu Drogi". Uważam, że to doskonały pomysł. Organizatorzy akcji, czyli www.bialyjack.pl i www.niuchacz.com postanowili skłonić nas, psiarzy do podzielenia się realnymi informacjami o tym, ile tak naprawdę kosztuje życie z psem. Codzienne wydatki, podróże, wizyty u weterynarza, przyjemności i sprzęty domowe.

Akcja ta nie ma na celu zniechęcenia do posiadania ogoniastego przyjaciela, ale jest to swego rodzaju głos rozsądku, aby nie przygarniać zwierzaka pod wpływem zrywu serca. Autorzy swoim pomysłem skłaniają do przemyślenia planów kupna/adopcji psa, tak, żeby była to dojrzała i w pełni świadoma decyzja. Zważywszy na fakt, że tak często nasi psijaciele trafiają na ulicę - z takich czy innych powodów, nie otrzymują właściwej opieki weterynaryjnej, czy są zwyczajnie usypiani, bo taniej jest wziąć nowego niż leczyć starego psa, akcja ta nabiera charakteru uświadamiania społeczeństwa o codziennych problemach z jakimi borykają się psy, których właściciele zwyczajnie nie mają pieniędzy by zaspokoić ich najbardziej podstawowe potrzeby.

Tak więc ja sięgam po kalkulator i z trwogą zabieram się do liczenia, a zainteresowanych potokiem informacji o akcji odsyłam do samego źródła: psijacieludrogi.pl

W moim przypadku mowa o psie, którego żartobliwie zaliczam do rasy zakaukaskich psów pasterskich, czyli kundel bury wagi 27-28kg (z zależności od mojej dbałości o jej linię). Dodatkowo pies jest alergikiem, więc uwzględnię dodatkowo koszty leczenia takiego ogona.

Okres jaki obejmuje wyliczenie to 27 miesięcy. No to zaczynamy:

Adopcja:
W schronisku powiedzieli co łaska, może być nawet symboliczna złotówka, bo przesąd mówi, że darmowy pies źle się chowa. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że przygarnęłam sunię już wysterylizowaną, dokonałam darowizny w wysokości 200 zł.

Wyposażenie domu:
  • duże legowisko (niedługo do wymiany, bo stało się poligonem działań kota) 120zł
  • miski (trzy - metalowa na wodę 12zł, metalowa na jedzenie 16zł, ale dźwięk jaki wydawała szurając o kafelki w kuchni przyprawiał mnie o gęsią skórkę, więc została zastąpiona ciężką ceramiczną 32zł) w sumie 60zł
Żywienie:
  • do stycznia 2014 karma sucha w dawce 330g dziennie w cenie 190zł/14kg (sklepy internetowe to prawdziwe zbawienie dla właścicieli dużych żarłoków) - worek wystarcza na 6 tygodni, więc w sumie 10 worków 1900zł
  • do stycznia 2014 około 1kg mięsa tygodniowo (trochę kurczaka, trochę indyka, trochę wołowiny, wszystkiego w podobnych ilościach dlatego uśrednię cenę do około 22zł/kg)  około 1300zł
  • od stycznia do czasu obecnego karma hypoalergiczna w tej samej dawce (pomimo odstąpienia od mięsa z racji szerokiego spektrum alergii okazało się, że nowa karma ma trochę niższe dawkowanie więc w rezultacie wyszło na to samo) 240zł/14kg, w sumie również 10 worków 2400zł
Akcesoria spacerowe:
  • obroża i smycz do odbioru psa (nie ukrywam, że kupiłam co najtańsze, od początku planowałam kupić szelki, a takie trzeba przymierzyć, więc po prostu kupiłam cokolwiek, żeby mieć jak psa przyprowadzić do domu) około 15zł
  • szelki (pierwsze 29zł zgubiła po dwóch tygodniach na jakimś krzaku, ale to nawet dobrze się stało, bo kupiłam drugie 56zł, które służą jej do dziś i niedługo je wymienię bo mają już sprany kolor i zaczynają wyglądać nieestetycznie, natomiast jakościowo są niezniszczalne) 85zł
  • smycz flexi rozmiar L 68zł
  • adresówka 3zł, dyski Fishera 18zł, gwizdek cichy 8zł, turystyczna miseczka na wodę 16zł, brelok na woreczki 13zł, same woreczki (pakowane po 80 sztuk - 2 dziennie) 20 opakowań do tej pory (maszyna do robienia kupek - dopiero teraz sobie uzmysłowiłam jaka jest pracowita) 140zł
Pielęgnacja:
  • szampony do stycznia 2014 (kąpiel raz na dwa miesiące, bo jednak pies się brudzi) - 3 butelki po 15zł z jakimiś groszami, w sumie około 45zł
  • szampon dermatologiczny od stycznia 2014 nie uwzględniając procesu leczenia (kąpiele co 3 tygodnie - nad czym boleję zarówno ja jak i mój pies) - 5 butelek po 49zł, w sumie 245zł
  • grzebień (nieporozumienie) 8zł, szczotka 27zł, rękawica gumowa 12zł, furminator 72zł, w sumie 119zł
  • szczoteczka do zębów (nakładka na palec - już chyba szósta) po 6zł, w sumie 36zł
  • pasta do zębów (chyba trzecie opakowanie) po 25zł, w sumie 75zł
  • cążki do pazurów 14zł
Profilaktyka weterynaryjna:
  • dwa szczepienia (kompleksowe: wścieklizna i choroby zakaźne) w sumie 140zł
  • dwa szczepienia przeciwko boreliozie w sumie 120zł
  • odrobaczenia średnio co trzy miesiące (niedokładnie bo odrobaczam jak wracam ze wsi, bo tam plaga, rodzice swoje psy muszą odrobaczać co dwa miesiące) około 10 razy po 15zł, w sumie około 150zł
  • pchły i kleszcze - w sezonie 29zł/miesiąc (bo przecież tańsze krople nie mogą działać u mojego psiaka), zimą co dwa miesiące co daje 10 pipet na rok, w sumie około 690zł
Wszelkie leczenia (należy pamiętać, że leczenie dużego psa właściwie zawsze jest drogie):
  • po kilku dniach pobytu u mnie szaleństwo drapania, pies nie spał całą noc tylko się drapał i iskał, bo naiwna zaufałam zapewnieniom, że w schronisku została miesiąc wcześniej zakropiona na pchły. Odliczam koszt kropli na pchły zastrzyk przeciwświądowy z wizytą 38zł
  • marzec 2013 niemal amputowana opuszka w przedniej łapie - szycie pod narkozą (o miejscowym znieczuleniu nie było nawet mowy) i antybiotyki, w sumie 200zł
  • maj 2013 to zapalenie pęcherza - badania i prawie dwa tygodnie leków, bo moje opory przed antybiotykami niestety wydłużyły leczenie, w sumie około 350zł
  • sierpień 2013 to druzgocąca próba zastąpienia mięsa puszką ( dodam, że wysokiej jakości puszką) zakończona sześciodniowym leczeniem, w sumie około 280zł
  • październik 2013 to robota koteczka, który okazał się szczęśliwym posiadaczem świerzba usznego (zaraźliwy dla psów), jego leczenie to inna bajka, ale pies też dostał kropelki co wyniosło dodatkowe 15zł bo kropelki były sporządzane
  • styczeń 2014 to istna katastrofa... Świąd, krosty, łysienie, cuda... Same badania krwi 700zł, zastrzyki, preparaty na skórę i szampony do kąpieli (kąpiel co drugi dzień cztery razy z rzędu... pies znienawidził łazienkę doszczętnie) około 400zł, w sumie 1100zł
  • maj 2014 - o zgrozo, mój pies zaraził się ode mnie zapaleniem oskrzeli. Całkowity koszt leczenia 170zł. Dług wdzięczności dla Mojego Kochania, że poszedł z moim psem do gabinetu spłacam do dziś...
  • grudzień 2014 - Moje Kochanie wracając z popołudniowego spaceru oznajmiło, że nie zdążył zabrać psu z pyska bliżej niezidentyfikowanego obiektu, który to pies połknął. Nocna interwencja weterynaryjna - 120zł. Na szczęście obyło się bez dalszego leczenia - same środki przeciwwymiotne wystarczyły...
  • zastrzyk sterydowy (krótkodziałający) co dwa miesiące od stycznia 2014 38zł, w sumie 228zł
  • suplementy dietetyczne pozwalające na tak rzadkie stosowanie sterydów 40zł miesięcznie, w sumie 560zł
Rzeczy bez których moim zdaniem nie możemy się obejść - tu dane będą dość szacunkowe:
  • kliker 19zł i nagrody do ćwiczeń około 25zł miesięcznie i saszetka na smakołyki około 10zł (nie mogę sobie przypomnieć ale nie była droga), w sumie dotychczas około 700zł
  • zabawki, którymi mój pies się nie bawi: piszczałka 12zł (po ponad dwóch latach jak nowa), szarpak 24zł (również dwuletni i wciąż pachnący nowością), piłeczka 9zł, pluszak 28zł (ten też nietknięty) rugby do zatykania smakołyków (jedyne co jest w stanie wzbudzić zainteresowanie mojego lenia) 26zł, aporter (po który musiałam sama pójść przy wszystkich próbach zabawy) 14zł, w sumie 113zł
  • wszelkiego rodzaju gryzaczki skórzane, suszone i inne przysmaczki, z uwagi na alergię niestety starannie dobierane około 25zł miesięcznie, czyli dotychczas około 700zł
  • wyjazdy do moich rodziców (liczę tylko te pociągiem czyli dotychczas cztery takie podróże) 15zł za bilet w jedną stronę, w sumie 120zł
  • 4-dniowy pobyt pod namiotami - 10zł za dobę za psiaka, czyli 40zł
Więcej grzechów nie pamiętam, chociaż pewnie jakieś by się jeszcze znalazły.

Całkowita suma utrzymania i rozpieszczania psa alergika karmionego karmą weterynaryjną, przyjmującego sporadyczne zastrzyki przeciwalergiczne, mającego skłonność do niespodzianek to 12714zł. Z jednej strony sama jestem zszokowana tymi wynikami. Z drugiej... No dobra - nie zdawałam sobie sprawy, że zainwestowałam w mojego psa pieniądze pozwalające na zakup całkiem nienajgorszego auta...

To tylko uzmysławia, jak drogie jest utrzymanie psa, któremu dolega jakaś przewlekła choroba, która sprawia, że musi on być na stałe na specjalnej diecie i przyjmować trwale leki. To uzmysławia jak wielka odpowiedzialność spoczywa na właścicielu.