Nieraz słyszę, że robię psu krzywdę trzymając go w mieszkaniu w bloku. Frida jest sporych rozmiarów - waży 27kg, jest wysoka i niezbyt muskularna ani krępa. Pomimo mniejszej wagi wydaje się większa od labradorów moich rodziców (niezbyt wysokich co prawda). Tak więc ludzie zarzucają mi, że męczę psa, bo dużych psów nie trzyma się w bloku. Duży pies potrzebuje podwórka...
Nic bardziej mylnego. Zaraz po strachu przed agresją takiego psa, jest to drugi powód, który odbiera dużym psom szansę na adopcję w schronisku. Ludzie myślą, że takiego psa nie zmieszczą u siebie w mieszkaniu. Do pewnego stopnia jest to prawda. Jeśli nasza kuchnia jest rozmiarów 2x2m, a pokoje przypominają windę, to faktycznie z psem może być ciasno. Tak naprawdę dużemu psu trzeba przede wszystkim znaleźć miejsce na legowisko, bo zajmie ono tyle miejsca na podłodze, co spory mebel. I to główny problem ze zmieszczeniem psa w mieszkaniu. Wbrew obiegowym opiniom duży pies większość czasu leży sobie gdzieś spokojnie i nie plącze się pod nogami jak ma to w zwyczaju mały piesek. Jest tylko jeden warunek: z dużym psem trzeba wyjść codziennie na długi spacer. Po męczącym spacerze taki pies idzie na swoje legowisko i wyleguje się tam kilka godzin, nie wchodząc nam pod nogi. Mały piesek szybciej się męczy, i wymaga nieco krótszego spaceru niż duża pociecha, ale też szybciej się regeneruje. Kiedyś poszłam ze znajomymi na wycieczkę. Mój pies pokonał razem z nami około 17km. Ich psa w połowie trzeba było wziąć na ręce. Ja miałam spokój do wieczora, bo Frida odpoczywała sobie spokojnie, oni po dwóch godzinach mieli rozbieganego wariata, który wszędzie się plątał. Jeśli się dobrze zastanowić, to można odnieść wrażenie, że to raczej mały pies nie nadaje się do mieszkania. Cały czas trzeba się zastanawiać czy nie stoi nam pod nogami i czy za chwilę go nie nadepniemy.
Kolejna sprawa to szczekanie. Zwłaszcza na balkonie, co doprowadza sąsiadów do białej gorączki. Wcale im się zresztą nie dziwię, ja też lubię spędzić popołudnie w spokoju zamiast słuchać ujadania z zewnątrz. Wychodząc do pracy zostawiam latem drzwi balkonowe otwarte (no chyba, że obawiam się, że spadnie deszcz). Balkon mam zabezpieczony siatką dla kotów, więc nie muszę się bać o to, że któryś zwierzak pofrunie mi z drugiego piętra. Żaden sąsiad nigdy nie poskarżył się na hałas pod moją nieobecność, a pytałam kilkukrotnie przy okazji spotkania na schodach. Tylko popołudniu, a i tak to pojedyncze szczeknięcie, więc nie mam się czym przejmować. Wniosek jest następujący, mój pies będąc sam w domu nie szczeka na balkonie godzinami, a odzywa się dopiero w mojej obecności. Mądre książki polecają reagować na szczekanie psa w sposób pozytywny. Jeśli pies zaszczeka, wstać, podejść do niego, położyć mu rękę na karku w geście dominacji, wyjrzeć i sprawdzić na co szczekał pies, a potem to zignorować i wrócić do domu. Dać naszemu psu do zrozumienia, że to na co zwrócił uwagę nie stanowi zagrożenia i nie musi się tym przejmować. Dobrze ułożony pies przyzna nam rację i się uspokoi, źle ułożony będzie uważał, że wie lepiej i dalej robił swoje. Mój najwyraźniej zalicza się do tej pierwszej grupy. Metoda ta jest skuteczna o ile będziemy spokojni (darcie się na psa, żeby się uciszył będzie rujnowało efekty) i będziemy reagowali za każdym razem. Oznacza to, że muszę wstać ze dwa razy na godzinę i wyjść na balkon, ale dzięki temu nie mam kłopotów z sąsiadami. Inna sprawa ma się z domofonem i dzwonkiem do drzwi. Tu mój pies jest nie do okiełznania i całe szczęście, że nie mam zbyt wielu gości w ciągu dnia. O tym, że duży pies nie musi przyprawiać sąsiadów o ból głowy, świadczy fakt, że sąsiedzi pode mną zorientowali się, że mam psa po pół roku, a i to dlatego, że spotkali mnie z Fridą na schodach.
Spotkania na schodach mogą nastręczyć kolejnych problemów. Był taki moment, że mój pies próbował mnie bronić. Uznał, że to ja znajduję się pod jej opieką, a nie odwrotnie. Kilkukrotnie szczekała na mijanych na schodach sąsiadów, co zaczęło mnie niepokoić, zresztą słusznie. Tak więc sięgnęłam po stosy mądrych książek i wyczytałam w nich, że jestem głupim właścicielem rozpieszczającym własnego psiaka i niepotrzebnie się nad nim rozczulam. Potrzebowałam dwóch tygodni na wprowadzenie zmian w naszym życiu, co zaowocowało potulnym psiskiem, które w spokoju mija wszystkich mieszkańców klatki. Co nie znaczy, że biega sobie luzem po schodach. W tym miejscu pilniej niż zawsze utrzymuję psa przy nodze, na krótkiej smyczy, którą trzymam porządnie w ręku. Pod nami mieszka dwójka przedszkolaków, na parterze niemowlak w wózku, ostatnio jeszcze u jednych sąsiadów słychać płacz niemowlaka. Dziecko to tylko dziecko, a pies to tylko pies. Dziecko zawsze może zachować się nieprzewidywalnie, może pisnąć, wybuchnąć płaczem, przewrócić się, roześmiać w głos, a reakcji psa na nietypowe do sytuacji zachowanie dziecka nie da się przewidzieć. Wolę niepotrzebną ostrożność niż nieszczęście. Uwielbiam mojego psa i ufam mu, ale szanuję siłę jego zębów i pazurów.
Jedynym argumentem jakiego nie potrafię obalić, jest psia starość. Mieszkając na drugim piętrze w bloku bez windy, spokojnie mogę sobie wyobrazić, że znoszę swojego psa na dół (co zresztą już robiłam po tym, jak pies rozciął sobie łapę), bo nie ma siły chodzić po schodach, ale nie wyobrażam sobie w takiej sytuacji kruchej kobietki, która nie ma w sobie grama siły.
Tak więc mam psa w bloku. Nie uważam, żeby z tego powodu Frida była mniej szczęśliwa od labradorów moich rodziców, którzy wyprowadzili się na wieś kilka lat temu i mają teraz dom z wielkim ogrodem. Pies nie potrzebuje domu (w sensie budynku - nie poczucia przynależności), tylko odpowiedzialnego właściciela, który spędzi z nim odpowiednio dużo czasu na spacerze i który zadba o dobre wychowanie swojego podopiecznego. Z takim właścicielem może mieszkać gdziekolwiek.
Blog o życiu z psem, codziennych wzlotach i upadkach, problemach i przygodach, które spotykają każdego psiarza i jego ogoniastego przyjaciela, przemyśleniach na temat świata, w którym czasem brakuje odrobiny przestrzeni dla tych co chodzą na czterech łapach
poniedziałek, 23 lutego 2015
sobota, 21 lutego 2015
O czystości słów kilka
Wstaję sobie z rana - 7.00 na zegarku, pies oczywiście cały szczęśliwy trąca nosem co tam akurat bliżej brzegu łóżka się trafi, więc poudawać, że jeszcze śpię się nie da. Moje Kochanie, wiadomo, przewraca się tylko na drugi bok i nakrywa kołdrą, żeby go czasem pies zimnym nosem nie dotknął. W końcu to ja chciałam psa, to teraz ja muszę z nim rano wychodzić.
W normalny dzień tygodnia chodzimy z rana na półtorej godziny na pobliskie łąki (mieszkam na peryferiach miasta, więc wystarczy przejść się jakieś 15 minut by zapomnieć o cywilizacji), gdzie Frida daje upust swojej energii. I przy okazji załatwia swoje potrzeby. Jednak dziś sobota, więc wychodzimy na 20 minut wytyczoną trasą przez osiedle, a po śniadaniu, prysznicu i kawce udajemy się na kilkugodzinną wycieczkę za miasto.
No więc zwlekam się z łóżka, swoją drogą, to jakaś barbarzyńska godzina ta 7.00 rano w sobotę, ale pies ma zegarek w pęcherzu i nie uwzględnia weekendów. Wychodzę na tę krótką rundkę przez osiedle. W pewnym momencie pies poddaje się i rezygnuje na chwilę z obwąchiwania każdego krzaczka i każdego źdźbła trawy (za co nieraz mam ochotę ją zamordować), żeby zrobić kupkę (pomimo sporych gabarytów moja sunia pozostaje damą, więc załatwia się kupkami). Ja tam grzeczny właściciel psa jestem i nieraz już wlazłam w minę na trawniku (na chodniku zresztą też), tak więc sprzątam po swoim psie. Sięgnęłam sobie spokojnie do breloczka uwieszonego przy smyczy po woreczek, żeby minę zebrać i wyrzucić do śmietnika (w moim mieście nie ma osobnych pojemników), gdy nagle słyszę za sobą jazgot wzburzonej starszej pani, która o tej barbarzyńskiej 7.00 (czy raczej już trochę po), drze się na mnie, że ja po psie sprzątam. Ja rozumiem, gdybym nie zważając na toaletę mojego psiaka poszła sobie w swoją stronę, to owszem, zasłużyłabym na naganę, ale w tej sytuacji? Patrzę na panią z niedowierzaniem, a ona wrzeszczy, że ja to pewnie zaraz do kosza wyrzucę. Grzecznie się pytam, gdzie indziej miałabym to wyrzucić? W odpowiedzi słyszę, że jej nie interesuje, co ja z tą kupą (pozwalam sobie na lekką parafrazę, żeby nie urazić co wrażliwszych) zrobię, ale ona nie życzy sobie, żebym ją wyrzucała do śmietnika, bo później cały dzień śmierdzi i przejść się koło takiego śmietnika nie da.... Zapytałam więc tylko starszej pani czy w takim razie woli, żeby kupka śmierdziała na trawniku i żeby jakieś dziecko w nią wdepnęło? Odpowiedzi już nie uzyskałam, poza paroma burknięciami, że ludziom to się teraz wydaje, że wszystko mogą.
Dawniej wdawałam się z takimi ludźmi w zażarte dyskusje. Dziś już tego nie robię. Dziś szkoda mi na to czasu i nerwów. W ciągu kilku ostatnich lat pracy z ludźmi, zdałam sobie sprawę, że wielu spraw nigdy nie da się niektórym wytłumaczyć. Poza tym są jeszcze osobnicy, którzy czerpią jakąś niezrozumiałą dla mnie satysfakcję z robienia awantury z niczego.
Należę do ludzi, którzy popierają obowiązek sprzątania po psie. Mimo tego, że sama przez to muszę się schylić i pozbierać odchody do woreczka, uważam, że tak trzeba. Jeśli się zastanowić, to w miastach żyje więcej psów niż przypuszczamy. Każdy z nich zostawia jedną do trzech min dziennie. To daje ogromne ilości w ciągu nawet nie miesiąca, ale tygodnia. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje po roztopach, gdy śnieg odsłania wszystko to, co zdołała zgromadzić zima. Nikomu nie jest miło wtedy wyjść gdziekolwiek na spacer, bo zamiast podziwiania pięknej pogody, trzeba uprawiać slalom na chodniku. Ja też czasem muszę wyczyścić buty z takiej miny, mnie też wtedy nerwy biorą, bo wystarczyło to wrzucić do pobliskiego kosza, bo jakieś dziecko mogło się w to przewrócić, bo jakiś chory pies to zostawił i teraz zarażają się inne psy, które będą to obwąchiwały. Takich bo znajdzie się naprawdę sporo.
Rozmawiając nieraz z właścicielami psów, słyszę różne wymówki. Bo chory kręgosłup, z powodu którego ciężko się schylać, poza tym lekarz kazał unikać takiego właśnie schylania, tak jakby nie było specjalnych zbieraczek na wydłużonej rączce. Bo zapomina się zabrać woreczka, tak jakby nie było breloczków na woreczki, którego sama używam. Bo trawa jest za wysoka i można ubrudzić rękaw, tak jakby pies nie miał twardych odchodów, które tej trawy wcale nie brudzą (naturalnie poza tymi momentami choroby). Bo pies załatwia się wieczorem i nie można znaleźć w ciemności tej kupki, tak jakby nie było małych latareczek w postaci breloczka do kluczy. Bo piesek jest przecież malutki, więc ta kupka jest taka tyci, to komu ona będzie przeszkadzała. Tylko że małe pieski załatwiają się częściej i tych tyci kupek zostawiają więcej, poza tym co to za różnica czy but ubrudzisz małą, czy dużą kupką. Wymówek od sprzątania jest tyle samo, co powodów, dla których należało by to robić.
Najbardziej przykre w tej sprawie jest to, że dzięki takim ludziom, wszyscy odpowiedzialni właściciele też są postrzegani jako wróg publiczny, który zanieczyszcza osiedle. Sama potrafię idąc z moim psem zwrócić uwagę komuś, kto właśnie udaje, że nie widzi, że piesek się załatwił i chce pójść sobie dalej. I słyszę, że to nie moja sprawa i żebym się swoim psem zajęła. I mówię wtedy, że to jest właśnie moja sprawa, bo na mnie też potem krzywo patrzą mimo tego, że ja czystość po swoim psie utrzymuję. I że zajmuję się swoim psem i byłoby miło, gdyby ten ktoś również się swoim psem zajął. Niestety to jak rzucanie grochem o ścianę.
Na zachodzie pojawiają się dość brutalne w wyrazie kampanie społeczne zachęcające do sprzątania. Do tej pory pamiętam plakat przedstawiający dziecko na wózku inwalidzkim, którego koło jest całe umorusane, podobnie jak całe przedramię tego dziecka. I tak powinna wyglądać właśnie taka kampania. Dlaczego obrzydliwego problemu nie przedstawić w obrzydliwy sposób? Ktoś stwierdził, że właśnie ta kampania godzi w odczucia estetyczne przeciętnego Polaka, dlatego nie dopuszczono do jej rozpowszechnienia w naszym kraju. Wiele obrzydliwych rzeczy można zobaczyć w naszej telewizji, prasie, na stronach internetowych. Umorusana odchodami ręka jest jednak zbyt odrażająca, zupełnie przeciwnie niż leżąca na chodniku rozmazana takim wózkiem kupa w rzeczywistości. Psia kupka to nadal temat tabu, który powoduje, że ludzie psiarzy nie lubią. Wprowadzono przepis nakazujący sprzątanie po piesku, ale sprawiło to tylko, że większość ludzi jedynie rozgląda się czy nie widać nigdzie mundurowych, gdy piesek się załatwia.
Kto wie, może kiedyś dotrze do wszystkich, że po piesku warto posprzątać, bo my, psiarze też możemy w taką kupkę wdepnąć...
W normalny dzień tygodnia chodzimy z rana na półtorej godziny na pobliskie łąki (mieszkam na peryferiach miasta, więc wystarczy przejść się jakieś 15 minut by zapomnieć o cywilizacji), gdzie Frida daje upust swojej energii. I przy okazji załatwia swoje potrzeby. Jednak dziś sobota, więc wychodzimy na 20 minut wytyczoną trasą przez osiedle, a po śniadaniu, prysznicu i kawce udajemy się na kilkugodzinną wycieczkę za miasto.
No więc zwlekam się z łóżka, swoją drogą, to jakaś barbarzyńska godzina ta 7.00 rano w sobotę, ale pies ma zegarek w pęcherzu i nie uwzględnia weekendów. Wychodzę na tę krótką rundkę przez osiedle. W pewnym momencie pies poddaje się i rezygnuje na chwilę z obwąchiwania każdego krzaczka i każdego źdźbła trawy (za co nieraz mam ochotę ją zamordować), żeby zrobić kupkę (pomimo sporych gabarytów moja sunia pozostaje damą, więc załatwia się kupkami). Ja tam grzeczny właściciel psa jestem i nieraz już wlazłam w minę na trawniku (na chodniku zresztą też), tak więc sprzątam po swoim psie. Sięgnęłam sobie spokojnie do breloczka uwieszonego przy smyczy po woreczek, żeby minę zebrać i wyrzucić do śmietnika (w moim mieście nie ma osobnych pojemników), gdy nagle słyszę za sobą jazgot wzburzonej starszej pani, która o tej barbarzyńskiej 7.00 (czy raczej już trochę po), drze się na mnie, że ja po psie sprzątam. Ja rozumiem, gdybym nie zważając na toaletę mojego psiaka poszła sobie w swoją stronę, to owszem, zasłużyłabym na naganę, ale w tej sytuacji? Patrzę na panią z niedowierzaniem, a ona wrzeszczy, że ja to pewnie zaraz do kosza wyrzucę. Grzecznie się pytam, gdzie indziej miałabym to wyrzucić? W odpowiedzi słyszę, że jej nie interesuje, co ja z tą kupą (pozwalam sobie na lekką parafrazę, żeby nie urazić co wrażliwszych) zrobię, ale ona nie życzy sobie, żebym ją wyrzucała do śmietnika, bo później cały dzień śmierdzi i przejść się koło takiego śmietnika nie da.... Zapytałam więc tylko starszej pani czy w takim razie woli, żeby kupka śmierdziała na trawniku i żeby jakieś dziecko w nią wdepnęło? Odpowiedzi już nie uzyskałam, poza paroma burknięciami, że ludziom to się teraz wydaje, że wszystko mogą.
Dawniej wdawałam się z takimi ludźmi w zażarte dyskusje. Dziś już tego nie robię. Dziś szkoda mi na to czasu i nerwów. W ciągu kilku ostatnich lat pracy z ludźmi, zdałam sobie sprawę, że wielu spraw nigdy nie da się niektórym wytłumaczyć. Poza tym są jeszcze osobnicy, którzy czerpią jakąś niezrozumiałą dla mnie satysfakcję z robienia awantury z niczego.
Należę do ludzi, którzy popierają obowiązek sprzątania po psie. Mimo tego, że sama przez to muszę się schylić i pozbierać odchody do woreczka, uważam, że tak trzeba. Jeśli się zastanowić, to w miastach żyje więcej psów niż przypuszczamy. Każdy z nich zostawia jedną do trzech min dziennie. To daje ogromne ilości w ciągu nawet nie miesiąca, ale tygodnia. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje po roztopach, gdy śnieg odsłania wszystko to, co zdołała zgromadzić zima. Nikomu nie jest miło wtedy wyjść gdziekolwiek na spacer, bo zamiast podziwiania pięknej pogody, trzeba uprawiać slalom na chodniku. Ja też czasem muszę wyczyścić buty z takiej miny, mnie też wtedy nerwy biorą, bo wystarczyło to wrzucić do pobliskiego kosza, bo jakieś dziecko mogło się w to przewrócić, bo jakiś chory pies to zostawił i teraz zarażają się inne psy, które będą to obwąchiwały. Takich bo znajdzie się naprawdę sporo.
Rozmawiając nieraz z właścicielami psów, słyszę różne wymówki. Bo chory kręgosłup, z powodu którego ciężko się schylać, poza tym lekarz kazał unikać takiego właśnie schylania, tak jakby nie było specjalnych zbieraczek na wydłużonej rączce. Bo zapomina się zabrać woreczka, tak jakby nie było breloczków na woreczki, którego sama używam. Bo trawa jest za wysoka i można ubrudzić rękaw, tak jakby pies nie miał twardych odchodów, które tej trawy wcale nie brudzą (naturalnie poza tymi momentami choroby). Bo pies załatwia się wieczorem i nie można znaleźć w ciemności tej kupki, tak jakby nie było małych latareczek w postaci breloczka do kluczy. Bo piesek jest przecież malutki, więc ta kupka jest taka tyci, to komu ona będzie przeszkadzała. Tylko że małe pieski załatwiają się częściej i tych tyci kupek zostawiają więcej, poza tym co to za różnica czy but ubrudzisz małą, czy dużą kupką. Wymówek od sprzątania jest tyle samo, co powodów, dla których należało by to robić.
Najbardziej przykre w tej sprawie jest to, że dzięki takim ludziom, wszyscy odpowiedzialni właściciele też są postrzegani jako wróg publiczny, który zanieczyszcza osiedle. Sama potrafię idąc z moim psem zwrócić uwagę komuś, kto właśnie udaje, że nie widzi, że piesek się załatwił i chce pójść sobie dalej. I słyszę, że to nie moja sprawa i żebym się swoim psem zajęła. I mówię wtedy, że to jest właśnie moja sprawa, bo na mnie też potem krzywo patrzą mimo tego, że ja czystość po swoim psie utrzymuję. I że zajmuję się swoim psem i byłoby miło, gdyby ten ktoś również się swoim psem zajął. Niestety to jak rzucanie grochem o ścianę.
Na zachodzie pojawiają się dość brutalne w wyrazie kampanie społeczne zachęcające do sprzątania. Do tej pory pamiętam plakat przedstawiający dziecko na wózku inwalidzkim, którego koło jest całe umorusane, podobnie jak całe przedramię tego dziecka. I tak powinna wyglądać właśnie taka kampania. Dlaczego obrzydliwego problemu nie przedstawić w obrzydliwy sposób? Ktoś stwierdził, że właśnie ta kampania godzi w odczucia estetyczne przeciętnego Polaka, dlatego nie dopuszczono do jej rozpowszechnienia w naszym kraju. Wiele obrzydliwych rzeczy można zobaczyć w naszej telewizji, prasie, na stronach internetowych. Umorusana odchodami ręka jest jednak zbyt odrażająca, zupełnie przeciwnie niż leżąca na chodniku rozmazana takim wózkiem kupa w rzeczywistości. Psia kupka to nadal temat tabu, który powoduje, że ludzie psiarzy nie lubią. Wprowadzono przepis nakazujący sprzątanie po piesku, ale sprawiło to tylko, że większość ludzi jedynie rozgląda się czy nie widać nigdzie mundurowych, gdy piesek się załatwia.
Kto wie, może kiedyś dotrze do wszystkich, że po piesku warto posprzątać, bo my, psiarze też możemy w taką kupkę wdepnąć...
wtorek, 17 lutego 2015
Słów kilka o psim rynku
Wiele osób oburza się, słysząc, że kupiliśmy psa. Tym bardziej jeśli jest to pies po championach, z niewyobrażalną metryką i w ogóle och i ach. I z reguły z niepospolitą ceną. Nieraz i nie dwa słyszałam opinię, że pies to nie towar, żeby go kupować. Zgadzam się z tym w pełni. To nie towar, to żyjąca istota, która oddaje nam całe swoje jestestwo nie oczekując niczego w zamian i to trochę nie fair, że zostaje on sprowadzony do poziomu suszarki do włosów. Z drugiej jednak strony, idąc do dentysty też płacimy za leczenie zębów, a przecież ten dentysta wykształcił się za nasze pieniądze, więc powinien robić to za darmo.
Jest niewyobrażalnie wiele spraw, za które płacimy mimo tego, że właściwie nie powinno mieć to miejsca i nas to nie oburza.
Jeśli się zastanowić, to przygarniając psa z hodowli, otrzymujemy zwierzę odrobaczone, najczęściej po pierwszym szczepieniu, z książeczką, chipem, socjalizowane, z gwarancją braku "bagażu doświadczeń", nad którego życiem i zdrowiem ktoś czuwał przez ostatnich kilka tygodni, które było karmione i którego matka była karmiona. To wszystko kosztuje. Gdyby założyć przez chwilę, że nie płacimy za kilogram żywej masy tylko za wszystko, co jakiś człowiek zrobił przy tym psie, konieczność zapłaty nie jest już oburzająca.
Mówimy tu oczywiście o wyidealizowanym obrazie hodowli, któremu dorównuje bardzo niewiele ośrodków. Z reguły dostajemy psa zarobaczonego, nieraz z pchłami, karmionego podłą karmą albo resztkami z obiadu, a nieuczciwy hodowca wpiera nam, że psiaczek cały czas wcinał Royal albo inną renomowaną karmę, podobnie jak matka. Znam osobiście sytuację, gdy szczeniak miał rzekomo cały czas jeść wyłącznie Royal, a w samochodzie w drodze od hodowcy zwymiotował karmę z kolorowym granulatem (Royal ma jednolity kolor). Dostajemy metrykę i opakowanie z chipem do wszczepienia na pierwszej wizycie u naszego weterynarza, słysząc usprawiedliwienie, że hodowca sam nie chipował, bo nie każdy przyszły właściciel sobie tego życzy. Niedoświadczony kupiec nie wie, że ocena miotu dokonywana jest dopiero po oznakowaniu zwierząt, więc nie można wystawić metryki nieoznakowanemu psu (no chyba, że regulamin stowarzyszenia, które wyrastają ostatnio jak grzyby po deszczu stanowi inaczej), więc rodzi się pytanie czy zakupiony pies jest tym samym, któremu wystawiono metrykę?
Czy zatem każda hodowla to oszuści i manipulanci? Oczywiście, że nie. Nie oszukujmy się jednak - właściwa opieka nad szczeniakami, odpowiedniej jakości asortyment dla nich przeznaczony, krycie dobrym reproduktorem, wystawy na które rodzice szczeniaków musieli pojechać i opieka weterynaryjna nad matką i szczeniakami - to wszystko kosztuje. Te koszty przekładają się na cenę szczeniaka. Dodatkowo szczeniaki po championach będą prawdopodobnie cennym nabytkiem dla innych hodowli, co automatycznie zwiększa ich wartość.Trzeba się również liczyć z faktem, że często hodowca zajmuje się tym zawodowo, a to znaczy, że ze względy na obowiązki hodowlane nie podejmuje pracy zarobkowej, a co za tym idzie on tak naprawdę pracuje w hodowli i liczy na wypłatę.
Lampka powinna się zapalić w chwili gdy ktoś sprzedaje szczeniaki tanio. Gdy proponuje nam się jak najszybszy odbiór, albo odbiór przed pierwszymi szczepieniami. Gdy umowa kupna-sprzedaży jest sporządzona nierzetelnie a nawet pobieżnie albo nie ma jej wcale. Gdy hodowca nie oczekuje od nas jakiejś relacji z tego jak się szczeniak aklimatyzuje, jeśli nas o nic nie pyta. Gdy szczeniak ma nieładny zapach albo hodowca nie chce nam pokazać matki lub boksu w którym szczeniak przebywa na codzień. Jeśli hodowca ma coś do ukrycia, to znaczy, że nie mamy do czynienia z hodowlą, tylko z pseudohodowlą, która jest szkodą dla suczek w niej przebywających i szczeniaków, które się z takiej hodowli kupuje. W innym wpisie opiszę dokładniej na co zwrócić uwagę, aby rozpoznać pseudohodowlę.
Reasumując. Jeśli chcemy kupić rasowego psa, musimy liczyć się z tym, że trzeba będzie za niego zapłacić więcej niż 300-400zł. Decydując się na psa tzw. rasowego, ale bez rodowodu decydujemy się na wspieranie okrutnego dla zwierząt procederu, jakim są pseudohodowle, a siebie narażamy na zakup psa z wadami i wymagającego nieraz interwencji weterynarza. Ponadto szkodzimy uczciwym hodowcom, którzy za swoje szczeniaki oczekują wyższej ceny, gwarantując w zamian prawidłowo odchowanego szczeniaka pochodzącego od godnie utrzymanej matki, która nie jest maszynką do rodzenia
wtorek, 3 lutego 2015
Tak od początku
Nie ma nic gorszego od pustego domu. Gdzie nie ma nikogo poza nami. Gdzie czujemy się samotni. Gdzie czujemy, że w naszym sercu jest dziura, której nie potrafi nic zapełnić - nawet drugi człowiek. Jeśli w jakimś miejscu czujemy się samotni, to znaczy, że nigdy nie był to nasz dom...
Moja historia z psem zaczęła się od kota. To dość ciekawy zbieg okoliczności, ale tak to jakoś wyszło. Pewnego wrześniowego ranka w moje ręce wpadł kot. A w zasadzie to, co z kota zostało. Jako że pracuję w przychodni weterynaryjnej (zaznaczam - nie jestem weterynarzem!), kot tam zaraz wylądował. Pomimo kroplówek i leków niestety kot odszedł około czwartej rano u mnie w domu. Koci katar okazał się zbyt zaawansowany na jego słabe już ciałko. I tak pusty już dom przekształcił się w dom pusty nie do zniesienia.
Długo przeglądałam różne ogłoszenia oddam kota w dobre ręce (naturalnie ku rozpaczy mojego - świeżo upieczonego wtedy - chłopaka, który był strasznym czyściochem i uważał, że zwierzęta niosą ze sobą zbędną dawkę bałaganu i brudu; swoją drogą zwierzęta potrafią zmienić każdego - dziś nie przeszkadzają mu już tak bardzo psie włosy na kanapie), gdy dotarło do mnie, że dużo odpowiedniejszym dla mnie zwierzęciem będzie pies.
Ludzie dzielą się na tych, którzy wolą koty i na tych którzy wolą psy. Ja znajduję się na pograniczu. Wychowałam się z kotem, z psami moja przygoda zaczęła się zaraz po maturze. Pomimo tego odkryłam u siebie równie głębokie uwielbienie dla obu tych gatunków. Niemniej jednak jako osoba do obrzydzenia wręcz racjonalna, zdecydowałam się na zwierzaka, z którym będzie mi po prostu łatwiej. Kot jest mały, nie trzeba z nim wychodzić, ale gdy jedziesz, np. na tydzień do rodziców, gdzie jest już kot, są psy (przyjazne kotom, ale jednak psy), jest podwórko, na które swojego kota nie wypuścisz, bo prawdopodobnie nieprzyzwyczajony zaginie, nagle pies pomimo konieczności codziennego wstawania na poranny spacer, staje się zwierzęciem łatwiejszym w posiadaniu.
Psa przygarnęłam ze schroniska. Od początku wiedziałam, że w schronisku nie wybiorę żadnego psa albo wybiorę pięć na raz, dlatego decyzję podjęłam przed komputerem. Do schroniska pojechałam obejrzeć wybranego już wcześniej psa, żeby dobrać odpowiedniej wielkości akcesoria. Mój wypatrzony pies okazał się pokorną (do czasu) sunią, która ze smutkiem w oczach polizała moją rękę przez pręty kojca. Ze łzami obiecałam jej szeptem, że po nią wrócę. Wróciłam do domu i tu pojawiły się kłopoty. Właściciel mieszkania, które wynajmowałam nie zgodził się na zwierzę. Ale przecież już obiecałam. Nie mogłam zawieść tych smutnych oczu i nie mogłam zawieść samej siebie. Kilka tygodni zajęło mi znalezienie nowego, bardziej przychylnego zwierzętom mieszkania. I oto była. Moja wymarzona, czterołapa, ogoniasta.
To było dokładnie 10. listopada 2012 roku. Od tego czasu jestem szczęśliwym człowiekiem i nie było dnia, w którym żałowałabym, że w moim sercu zamieszkał pies.
Moja historia z psem zaczęła się od kota. To dość ciekawy zbieg okoliczności, ale tak to jakoś wyszło. Pewnego wrześniowego ranka w moje ręce wpadł kot. A w zasadzie to, co z kota zostało. Jako że pracuję w przychodni weterynaryjnej (zaznaczam - nie jestem weterynarzem!), kot tam zaraz wylądował. Pomimo kroplówek i leków niestety kot odszedł około czwartej rano u mnie w domu. Koci katar okazał się zbyt zaawansowany na jego słabe już ciałko. I tak pusty już dom przekształcił się w dom pusty nie do zniesienia.
Długo przeglądałam różne ogłoszenia oddam kota w dobre ręce (naturalnie ku rozpaczy mojego - świeżo upieczonego wtedy - chłopaka, który był strasznym czyściochem i uważał, że zwierzęta niosą ze sobą zbędną dawkę bałaganu i brudu; swoją drogą zwierzęta potrafią zmienić każdego - dziś nie przeszkadzają mu już tak bardzo psie włosy na kanapie), gdy dotarło do mnie, że dużo odpowiedniejszym dla mnie zwierzęciem będzie pies.
Ludzie dzielą się na tych, którzy wolą koty i na tych którzy wolą psy. Ja znajduję się na pograniczu. Wychowałam się z kotem, z psami moja przygoda zaczęła się zaraz po maturze. Pomimo tego odkryłam u siebie równie głębokie uwielbienie dla obu tych gatunków. Niemniej jednak jako osoba do obrzydzenia wręcz racjonalna, zdecydowałam się na zwierzaka, z którym będzie mi po prostu łatwiej. Kot jest mały, nie trzeba z nim wychodzić, ale gdy jedziesz, np. na tydzień do rodziców, gdzie jest już kot, są psy (przyjazne kotom, ale jednak psy), jest podwórko, na które swojego kota nie wypuścisz, bo prawdopodobnie nieprzyzwyczajony zaginie, nagle pies pomimo konieczności codziennego wstawania na poranny spacer, staje się zwierzęciem łatwiejszym w posiadaniu.
Psa przygarnęłam ze schroniska. Od początku wiedziałam, że w schronisku nie wybiorę żadnego psa albo wybiorę pięć na raz, dlatego decyzję podjęłam przed komputerem. Do schroniska pojechałam obejrzeć wybranego już wcześniej psa, żeby dobrać odpowiedniej wielkości akcesoria. Mój wypatrzony pies okazał się pokorną (do czasu) sunią, która ze smutkiem w oczach polizała moją rękę przez pręty kojca. Ze łzami obiecałam jej szeptem, że po nią wrócę. Wróciłam do domu i tu pojawiły się kłopoty. Właściciel mieszkania, które wynajmowałam nie zgodził się na zwierzę. Ale przecież już obiecałam. Nie mogłam zawieść tych smutnych oczu i nie mogłam zawieść samej siebie. Kilka tygodni zajęło mi znalezienie nowego, bardziej przychylnego zwierzętom mieszkania. I oto była. Moja wymarzona, czterołapa, ogoniasta.
To było dokładnie 10. listopada 2012 roku. Od tego czasu jestem szczęśliwym człowiekiem i nie było dnia, w którym żałowałabym, że w moim sercu zamieszkał pies.
Subskrybuj:
Posty (Atom)