Spóźnione wiosenne porządki zawitały do naszego domu. To czas, kiedy pies i kot schodzą mi z drogi i szukają sobie miejsca najlepiej z dala od centrum wydarzeń. Pancia ma w zwyczaju wybebeszyć całe mieszkanie i spędzać długie godziny na przeglądaniu wszystkich bibelotów, które zdążyły zgromadzić się od ostatnich porządków. Pies przygląda się z daleka tym poczynaniom, a kot znika w sobie tylko znanym zakamarku, o którego istnieniu nawet nie śniłam (niby małe mieszkanie, a kot potrafi zaginąć bez wieści).
Wreszcie nadeszła kolej na zwierzęcą szafkę. Jedne z drzwiczek w komodzie kryją za sobą świat gadżetów związanych z moimi podopiecznymi. Ich otwarcie zawsze wiąże się z mieszanymi uczuciami u psa, bo z jednej strony znajdują się tam wszystkie smakołyki, ale z drugiej jest tam też szampon. Z reguły więc obserwuje mnie z ożywieniem, ale z bezpiecznej odległości. Na samym dnie, pod stertą skarbów leży obroża. Nie byle jaka - elektroniczna. Szkoleniowa.
Pochodzi z czasów, gdy moje pojęcie o behawioryzmie i technikach szkolenia i wychowywania psów dopiero raczkowało (w żadnym razie nie uważam się za eksperta, ale od tamtego czasu zrobiłam ogromne postępy). Co skłoniło mnie do jej zakupu? Desperacja, jak pewnie wielu innych nabywców.
Początki mojej przyjaźni z Fridą układały się doskonale. Gdy wędrowałyśmy na nasze pierwsze długie spacery, biegała zawsze w pobliżu mnie, nawet gdy bawiła się z napotkanym psem nie pozwalała sobie na oddalenie się ode mnie dalej niż jakieś 50 metrów. Gdy zorientowała się, że dystans dzielący ją od panci jest nieco zbyt duży, sprintem do mnie wracała. Sielanka trwała może dwa miesiące. Potem pies poczuł się na tyle pewnie, że pozwolił sobie dać upust pierwotnym instynktom. Niezwykle charakterystyczne umaszczenie Fridy wskazuje, że gdzieś pośród jej przodków miejsce znalazł wyżeł niemiecki. Jako szczeniak mogłaby z powodzeniem zostać sprzedana jako pies właśnie tej rasy (do momentu, gdy stanęły jej uszy...). Jej myśliwskie predyspozycje zaczęły mi przysparzać nie lada kłopotów. Pies wyczuwszy zwierzynę (nie ważne: sarna czy bażant) puszczał się w pogoń i potrafił zniknąć mi z oczu na dobre 2-3 minuty. Panika, histeria - chyba każdy właściciel chociaż raz doświadczył tego uczucia... Przestałam puszczać psa ze smyczy, co zaowocowało wyraźnym napięciem. Widać było, że energia rozrywa ją od środka, ale gdy tylko odpinałam karabińczyk, pies momentalnie zaczynał żerować. Nie nazwę tego eksploracją terenu, tropienie śladów i wyszukiwanie zwierzyny było wyraźne jak plama na białym obrusie.
Rozpacz ogarnęła mnie, gdy na przedwiośniu wywąchała zająca. Gdyby nie to, że zdesperowane zwierzę przebiegło blisko mnie i zdążyłam przechwycić psa w biegu (co przypłaciłam wybitym palcem) prawdopodobnie zamęczyłaby biedaka. Zima wtedy była długa i zając był dość powolny, zmęczony przeciągającymi się mrozami. Nie pomagały żadne metody znalezione na internetowych forach. Głównymi radami było ustanowienie swojej osoby najcenniejszym obiektem psa. Smakołyki, zabawki (którymi się nie interesuje), nic nie skutkowało. Zawiodło chowanie się przed psem - pies przybiegał do mnie jak po sznurku.
W akcie ostatecznej rezygnacji kupiłam elektroniczną obrożę treningową. Moim zamierzeniem było wywołanie negatywnego wzmocnienia (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tak to się nazywa). Chciałam skutecznie zniechęcić psa do pogoni za zwierzyną. Gdy paczka wreszcie przyszła, przez chwilę czułam się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Moje wybawienie. Pudełko wyglądało profesjonalnie:
We wnętrzu cały zestaw: pilot, urządzenie, obroża do mocowania, bolce dostosowane do długości włosa i ładowarka.
Urządzenie z bliska:
Nie będę ukrywać. Byłam podekscytowana. Od razu całe ustrojstwo podłączyłam do ładowania, żeby jak najszybciej rozpocząć szkolenie. Trwało to całe 12 godzin. Po 6 dla pilota i samego urządzenia. Funkcja pierwsza: światełko przy pilocie, żeby pies wiedział w ciemności, gdzie ma przybiec (tak jakby nie był w stanie zweryfikować mojego położenia po głosie i zapachu). Funkcja druga: gwizd z głośniczka w urządzeniu, żeby pies lepiej słyszał, że jest przywoływany (tak jakby nie miał dostatecznie czułego słuchu). Funkcja trzecia: wibracja - zapowiedź "impulsu korygującego" - regulowana w zakresie od 1-100, ostatnie ostrzeżenie dla psa, żeby się opamiętał i robił, co do niego należy. No i funkcja czwarta: "impuls korygujący" (serio - w żadnym opisie producentów tego sprzętu nie znalazłam określenia impuls elektryczny), podobnie jak wibracja regulowany w zakresie od 1-100. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, co właściwie poczuje mój pies. Ustawiłam siłę impulsu na 1, przyłożyłam do przedramienia i nacisnęłam pilota...
Producent ładnie opisuje działanie impulsu jako odczucie wyraźnego dyskomfortu, który ma skutecznie zniechęcić psa do niepożądanych zachowań. Mnie osobiście bolało jak skurczybyk. A przecież ustawiłam na najniższym stopniu. Spojrzałam na to moje kochane ogoniaste i pomyślałam: chwila, chcę, żeby mój pies przestał uganiać się za dziczyzną, ale nie chcę, żeby przestał ze strachu przed potwornym bólem. Nie o to mi przecież chodzi. Zdałam sobie sprawę z tego, jak głupia jestem i do czego doprowadziła mnie desperacja. Spakowałam sprzęt do pudełka, siadłam z psem na podłodze i popłakałam się jak dziecko, świadoma tego jak niewiele mnie dzieliło od bycia sadystą. Jak niewiele brakowało, żebym zrujnowała jej kruchą psychikę.
Jeszcze tego samego dnia pudełko wylądowało na dnie zwierzęcej szafki. To było w maju 2013 roku. W zeszłym roku myślałam o sprzedaniu obroży. Jest dość droga, więc pomyślałam o odzyskaniu chociaż części kosztów. I zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli ją sprzedam, to ktoś użyje sprzętu pochodzącego bezpośrednio z moich rąk. I chociaż wiem, że jak ktoś będzie chciał, to kupi coś takiego w sklepie, to jednak nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że przyczynię się do cierpienia jakiegoś psa.
Tym sposobem obroża pozostała na dnie szafki i chyba zostanie tam już na zawsze, bo odłożyłam ją z powrotem. I tak jak tamtego dnia, otwierając paczkę przez chwilę czułam się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, dziś również przez chwilę tak się poczułam - bo nie użyłam tej obroży.
A jak poradziłam sobie z problemem ścigania zwierzyny? Znalazłam okolicę, gdzie jej nie ma, tam mogę puścić psa bez obaw o bezpieczeństwo dzikich zwierząt. W innych okolicach pies chodzi na smyczy. Wygrałam z wieloma jej nawykami, ale nigdy nie udało mi się pokonać jej żądzy łowów. Jest zbyt silna. Albo ja zbyt na to słaba. Znalazłam jednak sposób, żeby uniknąć kłopotów bez użycia przemocy, a to w końcu najważniejsze...
Blog o życiu z psem, codziennych wzlotach i upadkach, problemach i przygodach, które spotykają każdego psiarza i jego ogoniastego przyjaciela, przemyśleniach na temat świata, w którym czasem brakuje odrobiny przestrzeni dla tych co chodzą na czterech łapach
sobota, 18 kwietnia 2015
czwartek, 9 kwietnia 2015
Z Psem Inteligentnym
"Mój pies jest bardzo mądry."
"Mój pies jest głupi - aż wstyd z nim wyjść."
"Żaden inny pies nie był taki mądry jak mój pies z dzieciństwa."
"On jest taki mądry- rozumie każde słowo, które do niego mówię."
Ile razy to słyszeliśmy? Gdy tylko spotyka się dwóch właścicieli psów na spacerze, od razu przystępują do oceny inteligencji swojego bądź cudzego psa. Jedni twierdzą, że ich pies doskonale wie, co się do niego mówi albo wykonuje komendy jeszcze zanim się je powie. Inni z kolei uważają swoje psy za niezwykle wręcz głupie, bo nie potrafią nauczyć się żadnej komendy, bo nie chcą z nami współpracować. Jak to jest naprawdę? Co świadczy o inteligencji psa?
Moje zdanie bardzo często odbiega od opinii większości ludzi. W moim odczuciu ilość poznanych komend i sztuczek w żadnej mierze nie odzwierciedla inteligencji psa. Najczęściej stosowaną metodą, czy to przy systemie nagród, czy systemie kar, jest stopniowe pokazywanie psu o co nam tak naprawdę chodzi. To swego rodzaju rozmowa z człowiekiem mówiącym w innym języku. Musimy dogadać się na migi. Jeśli człowiek ma dobrą intuicję, szybko odkryje sposób na wytłumaczenie czego właściwie oczekuje, nauczy każdego psa komendy. Wielokrotnie słyszałam opinię, że dany pies jest głupi, bo nie rozumie komendy siad. Wtedy pytam właściciela czy wie co to znaczy der Schmetterling. Gdy już spojrzy na mnie jak na idiotę, tłumaczę, że skoro my nie jesteśmy w stanie zrozumieć człowieka, który żyje kilkaset kilometrów od nas tylko dlatego, że posługuje się innym językiem, to jak ma zrozumieć nas istota zupełnie odrębnego gatunku? Naszym zadaniem jest psu wytłumaczyć czego od niego chcemy i to od naszej inteligencji zależy czy nas zrozumie.
Następną sprawą związaną z wykonywaniem komend jest stwierdzenie, że pies jest głupi, bo nie chce siadać na komendę. I w toku rozmowy okazuje się, że pies ma siadać za nic, za lakoniczne "dobry pies". A przecież takie niechcenie właśnie świadczy o inteligencji. Tylko inteligentna istota zastanawia się: po co ja właściwie mam to robić. Inteligentny pies wymaga motywacji. Wymaga smakołyka albo zabawki. Oczywiście potem można pracować nad ograniczeniem ilości nagród rzeczowych, nagradzając psa bądź nie, w losowej kolejności, tak aby nie wiedział na co może liczyć tym razem. Nagroda staje się wtedy opcją, którą zawsze warto rozważyć. A to, kto wygra, zależy już wyłącznie od tego, kto jest inteligentniejszy - pies czy pan? W odpowiedzi na takie tłumaczenie czasem zdarza się, że ktoś stwierdza, że to przekupstwo. Nie zgadzam się z taką opinią. Pytam wtedy czy pracodawca daje nam wynagrodzenie za wykonaną pracę, czy przekupuje nas, żebyśmy coś dla niego zrobili? Czy pracowalibyśmy dla niego za darmo? Zawsze słyszę, że to nie to samo. Jak to nie to samo? Jeśli pies siada, to odwala właśnie robotę, którą mu zleciliśmy. Należy mu się za to wynagrodzenie. Jeśli dostatecznie długo nie dostanie wynagrodzenia, to przestanie siadać, bo po co?
Jakbym nie ugryzła tego tematu, zawsze dochodzę do wniosku, że inteligenty pies z reguły ma problemy z dyscypliną czy też tresurą. Pies inteligentny zawsze szuka łatwiejszego sposobu, żeby osiągnąć swój cel. Jeśli chcemy, żeby nasz pies przeskoczył przez obręcz, inteligentny pies zawsze dwa razy się zastanowi czy nie łatwiej po prostu ją minąć z boku. Jeden z najbogatszych ludzi na świecie powiedział, że jeśli chcemy znaleźć najprostsze i najwygodniejsze rozwiązanie problemu, należy zadanie powierzyć komuś leniwemu. Lenistwo wymaga jednak inteligencji. Pies inteligentny zwykle zastanowi się, zanim wykona jakieś bzdurne zadanie. No chyba, że czeka na niego stosowne wynagrodzenie.
Przez długi czas nie mogłam niczego nauczyć mojego psa. Pierwsze próby tresury (zawsze samodzielnej, nie uważam, żeby psu do posłuszeństwa były potrzebne komendy - psa przede wszystkim trzeba wychować, a tego żaden treser za nas nie zrobi) spełzły na niczym i może wstyd się przyznać, ale odpuściłam sobie na ponad pół roku. Wtedy zmobilizowałam się po raz kolejny. I przez kolejne pół roku nie nauczyłam psa dosłownie niczego. Jak kulą w płot. Nic. Null. Uznałam, że mój pies jest tępy do potęgi n-tej i niczego nie zdoła zrozumieć. Wtedy zapaliła mi się lampka w głowie. Mam psa, który otwiera sobie drzwi, gdy ma ochotę, rozbija łapą lód na kałuży, bo wie, że pod spodem jest woda, której może się napić (wiem, nie powinna, ale z drugiej strony leję jej do miski wodę z kranu, skoro ta jej nie szkodzi, to kałużowa też nie powinna), potrafi zawrócić wokół drzewa, gdy obejdzie je ze smyczą. Nawet ukradła mi kiedyś smakołyki, które zostawiłam na stole, przygniecione laptopem, który na nie niefortunnie położyłam - zastałam laptop tak jak go zostawiłam, z tą różnicą, że pod spodem nie było już smakołyków. Do tej pory nie wiem, jak jej się to udało. Wszystkie te umiejętności świadczą o inteligencji psa. Zdałam sobie sprawę, że to ja popełniam w którymś miejscu błąd. Nie mówię językiem zrozumiałym dla psa albo nie umiem go dostatecznie zmotywować. Rozwiązaniem okazał się kliker. To był przełom. Po roku szkoleniowej pustyni, w ciągu dwóch tygodni nauczyłam psa siadać. Może nie jest to jakiś spektakularny sukces (psa rodziców nauczyłam siadać bez klikera w ciągu kwadransa i w dodatku okazało się, że komenda działa w każdych okolicznościach, więc nie musiałam uczyć jej w różnym środowisku), ale mój pies jest także wylękniony jeśli chodzi o szkolenie i każdy kolejny etap muszę poprzedzić dodawaniem psu odwagi.
Tak więc pamiętajcie. Jeśli pies nie chce czegoś się nauczyć, to nie świadczy o jego braku inteligencji, tylko o naszym braku umiejętności tresera.
"Mój pies jest głupi - aż wstyd z nim wyjść."
"Żaden inny pies nie był taki mądry jak mój pies z dzieciństwa."
"On jest taki mądry- rozumie każde słowo, które do niego mówię."
Ile razy to słyszeliśmy? Gdy tylko spotyka się dwóch właścicieli psów na spacerze, od razu przystępują do oceny inteligencji swojego bądź cudzego psa. Jedni twierdzą, że ich pies doskonale wie, co się do niego mówi albo wykonuje komendy jeszcze zanim się je powie. Inni z kolei uważają swoje psy za niezwykle wręcz głupie, bo nie potrafią nauczyć się żadnej komendy, bo nie chcą z nami współpracować. Jak to jest naprawdę? Co świadczy o inteligencji psa?
Moje zdanie bardzo często odbiega od opinii większości ludzi. W moim odczuciu ilość poznanych komend i sztuczek w żadnej mierze nie odzwierciedla inteligencji psa. Najczęściej stosowaną metodą, czy to przy systemie nagród, czy systemie kar, jest stopniowe pokazywanie psu o co nam tak naprawdę chodzi. To swego rodzaju rozmowa z człowiekiem mówiącym w innym języku. Musimy dogadać się na migi. Jeśli człowiek ma dobrą intuicję, szybko odkryje sposób na wytłumaczenie czego właściwie oczekuje, nauczy każdego psa komendy. Wielokrotnie słyszałam opinię, że dany pies jest głupi, bo nie rozumie komendy siad. Wtedy pytam właściciela czy wie co to znaczy der Schmetterling. Gdy już spojrzy na mnie jak na idiotę, tłumaczę, że skoro my nie jesteśmy w stanie zrozumieć człowieka, który żyje kilkaset kilometrów od nas tylko dlatego, że posługuje się innym językiem, to jak ma zrozumieć nas istota zupełnie odrębnego gatunku? Naszym zadaniem jest psu wytłumaczyć czego od niego chcemy i to od naszej inteligencji zależy czy nas zrozumie.
Następną sprawą związaną z wykonywaniem komend jest stwierdzenie, że pies jest głupi, bo nie chce siadać na komendę. I w toku rozmowy okazuje się, że pies ma siadać za nic, za lakoniczne "dobry pies". A przecież takie niechcenie właśnie świadczy o inteligencji. Tylko inteligentna istota zastanawia się: po co ja właściwie mam to robić. Inteligentny pies wymaga motywacji. Wymaga smakołyka albo zabawki. Oczywiście potem można pracować nad ograniczeniem ilości nagród rzeczowych, nagradzając psa bądź nie, w losowej kolejności, tak aby nie wiedział na co może liczyć tym razem. Nagroda staje się wtedy opcją, którą zawsze warto rozważyć. A to, kto wygra, zależy już wyłącznie od tego, kto jest inteligentniejszy - pies czy pan? W odpowiedzi na takie tłumaczenie czasem zdarza się, że ktoś stwierdza, że to przekupstwo. Nie zgadzam się z taką opinią. Pytam wtedy czy pracodawca daje nam wynagrodzenie za wykonaną pracę, czy przekupuje nas, żebyśmy coś dla niego zrobili? Czy pracowalibyśmy dla niego za darmo? Zawsze słyszę, że to nie to samo. Jak to nie to samo? Jeśli pies siada, to odwala właśnie robotę, którą mu zleciliśmy. Należy mu się za to wynagrodzenie. Jeśli dostatecznie długo nie dostanie wynagrodzenia, to przestanie siadać, bo po co?
Jakbym nie ugryzła tego tematu, zawsze dochodzę do wniosku, że inteligenty pies z reguły ma problemy z dyscypliną czy też tresurą. Pies inteligentny zawsze szuka łatwiejszego sposobu, żeby osiągnąć swój cel. Jeśli chcemy, żeby nasz pies przeskoczył przez obręcz, inteligentny pies zawsze dwa razy się zastanowi czy nie łatwiej po prostu ją minąć z boku. Jeden z najbogatszych ludzi na świecie powiedział, że jeśli chcemy znaleźć najprostsze i najwygodniejsze rozwiązanie problemu, należy zadanie powierzyć komuś leniwemu. Lenistwo wymaga jednak inteligencji. Pies inteligentny zwykle zastanowi się, zanim wykona jakieś bzdurne zadanie. No chyba, że czeka na niego stosowne wynagrodzenie.
Przez długi czas nie mogłam niczego nauczyć mojego psa. Pierwsze próby tresury (zawsze samodzielnej, nie uważam, żeby psu do posłuszeństwa były potrzebne komendy - psa przede wszystkim trzeba wychować, a tego żaden treser za nas nie zrobi) spełzły na niczym i może wstyd się przyznać, ale odpuściłam sobie na ponad pół roku. Wtedy zmobilizowałam się po raz kolejny. I przez kolejne pół roku nie nauczyłam psa dosłownie niczego. Jak kulą w płot. Nic. Null. Uznałam, że mój pies jest tępy do potęgi n-tej i niczego nie zdoła zrozumieć. Wtedy zapaliła mi się lampka w głowie. Mam psa, który otwiera sobie drzwi, gdy ma ochotę, rozbija łapą lód na kałuży, bo wie, że pod spodem jest woda, której może się napić (wiem, nie powinna, ale z drugiej strony leję jej do miski wodę z kranu, skoro ta jej nie szkodzi, to kałużowa też nie powinna), potrafi zawrócić wokół drzewa, gdy obejdzie je ze smyczą. Nawet ukradła mi kiedyś smakołyki, które zostawiłam na stole, przygniecione laptopem, który na nie niefortunnie położyłam - zastałam laptop tak jak go zostawiłam, z tą różnicą, że pod spodem nie było już smakołyków. Do tej pory nie wiem, jak jej się to udało. Wszystkie te umiejętności świadczą o inteligencji psa. Zdałam sobie sprawę, że to ja popełniam w którymś miejscu błąd. Nie mówię językiem zrozumiałym dla psa albo nie umiem go dostatecznie zmotywować. Rozwiązaniem okazał się kliker. To był przełom. Po roku szkoleniowej pustyni, w ciągu dwóch tygodni nauczyłam psa siadać. Może nie jest to jakiś spektakularny sukces (psa rodziców nauczyłam siadać bez klikera w ciągu kwadransa i w dodatku okazało się, że komenda działa w każdych okolicznościach, więc nie musiałam uczyć jej w różnym środowisku), ale mój pies jest także wylękniony jeśli chodzi o szkolenie i każdy kolejny etap muszę poprzedzić dodawaniem psu odwagi.
Tak więc pamiętajcie. Jeśli pies nie chce czegoś się nauczyć, to nie świadczy o jego braku inteligencji, tylko o naszym braku umiejętności tresera.
środa, 8 kwietnia 2015
Wielkanoc z Psem
Po pierwsze, pragnę wszystkim dwunogim i czteronogim złożyć spóźnione życzenia Smacznego Jajka i udanych, wesołych świąt Wielkiej Nocy. Mam nadzieję, że pogoda dopisywała i mieliście siłę wyjść nieco dalej niż dookoła swojego bloku.
Sobotnia pogoda przyprawiała o ból głowy. Chwila deszczu, potem chwila słońca i tak na zmianę - istny obłęd. Z samego rana musiałam wyskoczyć na trzy godziny do pracy, po powrocie do domu zapięłam psa w szelki i wyruszyłam na spacer. Już po paru minutach poczułam się wyjątkowo nieswojo. Niby sobota. Niby w miarę akceptowalna pogoda. Niby kilka dni wolnego. No właśnie - niby. Jutro święta. Mijam pobliski market z owadem w tytule - tłum ludzi. Poza tym pustka. Żywego ducha. Czasem ktoś przechodzi obładowany siatami. Tym kimś oczywiście kobieta - przecież to ona odczuwa potrzebę ugotowania nieprzebranych ilości jedzenia na święta. Ale mniejsza o aspekty feministyczne. Ulice i chodniki wymarły. A przecież to nie jest znowu takie małe miasto - ponad dwieście tysięcy ludzi - gdzie się wszyscy podziali? Nie spotkałam nikogo z psem - psy też wyginęły? Epidemia jakaś?
Przemierzam więc wymarłe ulice miasta-widmo. Sporadycznie napotkani przechodnie mijają mnie i przyglądają się uważnie, może nieco złowieszczo, tak jakbym robiła coś niestosownego. Myślę sobie, może się ubrudziłam, sprawdziłam spodnie - rozporek zapięty, może coś na twarzy? Aż wreszcie do mnie dotarło. Przedświąteczna sobota. Wszystkie baby w garach. Mężczyźni siedzą cicho, żeby nie wciągnąć ich w przygotowania. Dzieci grają na komputerze ze słuchawkami, żeby hałasy nie przypomniały matkom o ich istnieniu, bo do sklepu będzie trzeba iść po zapomniany proszek do pieczenia albo mąkę, której zabrakło. A ja w tym czasie idę na spacer z psem. Mijający mnie ludzie myślą sobie - no tak, pewnie żeruje na biednej matce/teściowej/siostrze/babci i idzie na święta do kogoś. Nic nie musi przygotowywać degeneratka jedna. A w domu pewnie brud i bałagan, sprzątać też jej się nie chce, z psem woli wyjść na spacer. Żadnego poczucia obowiązku w tym młodym pokoleniu, żadnego szacunku dla tradycji....
Dla jasności, w domu posprzątałam, upiekłam dwa ciasta (w zasadzie jedno, bo sernika na zimno się nie piecze), zrobiłam pasztet, sałatkę i parę innych rzeczy. Nie zrobiłam żurku, bo nie przepadam - może o to im chodziło? Nie jadam żurku - nie jestem dość patriotyczna, ale czy to widać na pierwszy rzut oka? Nieżurkożercy mają jakieś znaki szczególne? W każdym razie pośród tych wszystkich zadań i trzech godzin w pracy znalazłam czas na dwugodzinny spacer z psem. Byłam bardzo zdziwiona, że udało się go znaleźć tylko mi. Może wyszłam o takiej godzinie, że wszyscy pozamykali się w domach? Nie wiem.
Nie całkiem o tym chciałam dziś napisać, więc do brzegu, jak to mawia Moje Kochanie. Ciekawa jestem ile spośród psów, których właściciele nie znaleźli czasu na spacer usłyszało tego dnia: "Azor idź mi stąd!", "Azor, nie plącz się pod nogami!", "Azor, czego Ty znowu chcesz!" A biedny Azor się nudzi. Pancia, która zawsze znajdowała w sobotę chwilę czasu na zabawę, spacer, czy nawet wspólne oglądanie telewizji (oczywiście zaraz po tym jak schowała przerażającego potwora, którym jeździ po dywanach) nagle nie ma dla niego czasu. W kuchni potęga zapachów, nikt na psa nie zwraca uwagi i tylko wszyscy psa przeganiają z kąta w kąt, bo gdzie by nie usiadł, to przeszkadza.
Ja miałam za to spokój. Wyciągnęłam psa na długi, męczący spacer. Po powrocie pies zwalił się z nóg i zasnął słusznym snem. Owszem, zasnął w kuchni, ale był na tyle uprzejmy, że zrobił to pod stołem, tak, że nie zawadzał. Nie krążyła po całym domu bez celu. O żebraniu nie wspominam, bo nauczyłam psa, że jedyną oznaką, że zaraz pojawi się perspektywa czegoś dobrego, jest psia miska albo otwarta szafka z psimi gadżetami, ale w tym drugim wypadku pies jest ostrożny, bo trzymam tam też szampon i szczotki do wyczesywania.
Tak więc, zgodnie z zasadą: wilk syty i owca cała, wszystkim polecam wyciągnąć na długi spacer psa zawsze, gdy mamy dużo do przygotowania. Czy to impreza, na którą trzeba naszykować jedzenia, czy to gruntowne porządki w domu, czy przyjazd rodziny. Brać psa na dwór i zmęczyć tak, że będzie marzył wyłącznie o cichym kącie do spania...
Sobotnia pogoda przyprawiała o ból głowy. Chwila deszczu, potem chwila słońca i tak na zmianę - istny obłęd. Z samego rana musiałam wyskoczyć na trzy godziny do pracy, po powrocie do domu zapięłam psa w szelki i wyruszyłam na spacer. Już po paru minutach poczułam się wyjątkowo nieswojo. Niby sobota. Niby w miarę akceptowalna pogoda. Niby kilka dni wolnego. No właśnie - niby. Jutro święta. Mijam pobliski market z owadem w tytule - tłum ludzi. Poza tym pustka. Żywego ducha. Czasem ktoś przechodzi obładowany siatami. Tym kimś oczywiście kobieta - przecież to ona odczuwa potrzebę ugotowania nieprzebranych ilości jedzenia na święta. Ale mniejsza o aspekty feministyczne. Ulice i chodniki wymarły. A przecież to nie jest znowu takie małe miasto - ponad dwieście tysięcy ludzi - gdzie się wszyscy podziali? Nie spotkałam nikogo z psem - psy też wyginęły? Epidemia jakaś?
Przemierzam więc wymarłe ulice miasta-widmo. Sporadycznie napotkani przechodnie mijają mnie i przyglądają się uważnie, może nieco złowieszczo, tak jakbym robiła coś niestosownego. Myślę sobie, może się ubrudziłam, sprawdziłam spodnie - rozporek zapięty, może coś na twarzy? Aż wreszcie do mnie dotarło. Przedświąteczna sobota. Wszystkie baby w garach. Mężczyźni siedzą cicho, żeby nie wciągnąć ich w przygotowania. Dzieci grają na komputerze ze słuchawkami, żeby hałasy nie przypomniały matkom o ich istnieniu, bo do sklepu będzie trzeba iść po zapomniany proszek do pieczenia albo mąkę, której zabrakło. A ja w tym czasie idę na spacer z psem. Mijający mnie ludzie myślą sobie - no tak, pewnie żeruje na biednej matce/teściowej/siostrze/babci i idzie na święta do kogoś. Nic nie musi przygotowywać degeneratka jedna. A w domu pewnie brud i bałagan, sprzątać też jej się nie chce, z psem woli wyjść na spacer. Żadnego poczucia obowiązku w tym młodym pokoleniu, żadnego szacunku dla tradycji....
Dla jasności, w domu posprzątałam, upiekłam dwa ciasta (w zasadzie jedno, bo sernika na zimno się nie piecze), zrobiłam pasztet, sałatkę i parę innych rzeczy. Nie zrobiłam żurku, bo nie przepadam - może o to im chodziło? Nie jadam żurku - nie jestem dość patriotyczna, ale czy to widać na pierwszy rzut oka? Nieżurkożercy mają jakieś znaki szczególne? W każdym razie pośród tych wszystkich zadań i trzech godzin w pracy znalazłam czas na dwugodzinny spacer z psem. Byłam bardzo zdziwiona, że udało się go znaleźć tylko mi. Może wyszłam o takiej godzinie, że wszyscy pozamykali się w domach? Nie wiem.
Nie całkiem o tym chciałam dziś napisać, więc do brzegu, jak to mawia Moje Kochanie. Ciekawa jestem ile spośród psów, których właściciele nie znaleźli czasu na spacer usłyszało tego dnia: "Azor idź mi stąd!", "Azor, nie plącz się pod nogami!", "Azor, czego Ty znowu chcesz!" A biedny Azor się nudzi. Pancia, która zawsze znajdowała w sobotę chwilę czasu na zabawę, spacer, czy nawet wspólne oglądanie telewizji (oczywiście zaraz po tym jak schowała przerażającego potwora, którym jeździ po dywanach) nagle nie ma dla niego czasu. W kuchni potęga zapachów, nikt na psa nie zwraca uwagi i tylko wszyscy psa przeganiają z kąta w kąt, bo gdzie by nie usiadł, to przeszkadza.
Ja miałam za to spokój. Wyciągnęłam psa na długi, męczący spacer. Po powrocie pies zwalił się z nóg i zasnął słusznym snem. Owszem, zasnął w kuchni, ale był na tyle uprzejmy, że zrobił to pod stołem, tak, że nie zawadzał. Nie krążyła po całym domu bez celu. O żebraniu nie wspominam, bo nauczyłam psa, że jedyną oznaką, że zaraz pojawi się perspektywa czegoś dobrego, jest psia miska albo otwarta szafka z psimi gadżetami, ale w tym drugim wypadku pies jest ostrożny, bo trzymam tam też szampon i szczotki do wyczesywania.
Tak więc, zgodnie z zasadą: wilk syty i owca cała, wszystkim polecam wyciągnąć na długi spacer psa zawsze, gdy mamy dużo do przygotowania. Czy to impreza, na którą trzeba naszykować jedzenia, czy to gruntowne porządki w domu, czy przyjazd rodziny. Brać psa na dwór i zmęczyć tak, że będzie marzył wyłącznie o cichym kącie do spania...
Subskrybuj:
Posty (Atom)