Spóźnione wiosenne porządki zawitały do naszego domu. To czas, kiedy pies i kot schodzą mi z drogi i szukają sobie miejsca najlepiej z dala od centrum wydarzeń. Pancia ma w zwyczaju wybebeszyć całe mieszkanie i spędzać długie godziny na przeglądaniu wszystkich bibelotów, które zdążyły zgromadzić się od ostatnich porządków. Pies przygląda się z daleka tym poczynaniom, a kot znika w sobie tylko znanym zakamarku, o którego istnieniu nawet nie śniłam (niby małe mieszkanie, a kot potrafi zaginąć bez wieści).
Wreszcie nadeszła kolej na zwierzęcą szafkę. Jedne z drzwiczek w komodzie kryją za sobą świat gadżetów związanych z moimi podopiecznymi. Ich otwarcie zawsze wiąże się z mieszanymi uczuciami u psa, bo z jednej strony znajdują się tam wszystkie smakołyki, ale z drugiej jest tam też szampon. Z reguły więc obserwuje mnie z ożywieniem, ale z bezpiecznej odległości. Na samym dnie, pod stertą skarbów leży obroża. Nie byle jaka - elektroniczna. Szkoleniowa.
Pochodzi z czasów, gdy moje pojęcie o behawioryzmie i technikach szkolenia i wychowywania psów dopiero raczkowało (w żadnym razie nie uważam się za eksperta, ale od tamtego czasu zrobiłam ogromne postępy). Co skłoniło mnie do jej zakupu? Desperacja, jak pewnie wielu innych nabywców.
Początki mojej przyjaźni z Fridą układały się doskonale. Gdy wędrowałyśmy na nasze pierwsze długie spacery, biegała zawsze w pobliżu mnie, nawet gdy bawiła się z napotkanym psem nie pozwalała sobie na oddalenie się ode mnie dalej niż jakieś 50 metrów. Gdy zorientowała się, że dystans dzielący ją od panci jest nieco zbyt duży, sprintem do mnie wracała. Sielanka trwała może dwa miesiące. Potem pies poczuł się na tyle pewnie, że pozwolił sobie dać upust pierwotnym instynktom. Niezwykle charakterystyczne umaszczenie Fridy wskazuje, że gdzieś pośród jej przodków miejsce znalazł wyżeł niemiecki. Jako szczeniak mogłaby z powodzeniem zostać sprzedana jako pies właśnie tej rasy (do momentu, gdy stanęły jej uszy...). Jej myśliwskie predyspozycje zaczęły mi przysparzać nie lada kłopotów. Pies wyczuwszy zwierzynę (nie ważne: sarna czy bażant) puszczał się w pogoń i potrafił zniknąć mi z oczu na dobre 2-3 minuty. Panika, histeria - chyba każdy właściciel chociaż raz doświadczył tego uczucia... Przestałam puszczać psa ze smyczy, co zaowocowało wyraźnym napięciem. Widać było, że energia rozrywa ją od środka, ale gdy tylko odpinałam karabińczyk, pies momentalnie zaczynał żerować. Nie nazwę tego eksploracją terenu, tropienie śladów i wyszukiwanie zwierzyny było wyraźne jak plama na białym obrusie.
Rozpacz ogarnęła mnie, gdy na przedwiośniu wywąchała zająca. Gdyby nie to, że zdesperowane zwierzę przebiegło blisko mnie i zdążyłam przechwycić psa w biegu (co przypłaciłam wybitym palcem) prawdopodobnie zamęczyłaby biedaka. Zima wtedy była długa i zając był dość powolny, zmęczony przeciągającymi się mrozami. Nie pomagały żadne metody znalezione na internetowych forach. Głównymi radami było ustanowienie swojej osoby najcenniejszym obiektem psa. Smakołyki, zabawki (którymi się nie interesuje), nic nie skutkowało. Zawiodło chowanie się przed psem - pies przybiegał do mnie jak po sznurku.
W akcie ostatecznej rezygnacji kupiłam elektroniczną obrożę treningową. Moim zamierzeniem było wywołanie negatywnego wzmocnienia (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tak to się nazywa). Chciałam skutecznie zniechęcić psa do pogoni za zwierzyną. Gdy paczka wreszcie przyszła, przez chwilę czułam się jak najszczęśliwszy człowiek na świecie. Moje wybawienie. Pudełko wyglądało profesjonalnie:
We wnętrzu cały zestaw: pilot, urządzenie, obroża do mocowania, bolce dostosowane do długości włosa i ładowarka.
Urządzenie z bliska:
Nie będę ukrywać. Byłam podekscytowana. Od razu całe ustrojstwo podłączyłam do ładowania, żeby jak najszybciej rozpocząć szkolenie. Trwało to całe 12 godzin. Po 6 dla pilota i samego urządzenia. Funkcja pierwsza: światełko przy pilocie, żeby pies wiedział w ciemności, gdzie ma przybiec (tak jakby nie był w stanie zweryfikować mojego położenia po głosie i zapachu). Funkcja druga: gwizd z głośniczka w urządzeniu, żeby pies lepiej słyszał, że jest przywoływany (tak jakby nie miał dostatecznie czułego słuchu). Funkcja trzecia: wibracja - zapowiedź "impulsu korygującego" - regulowana w zakresie od 1-100, ostatnie ostrzeżenie dla psa, żeby się opamiętał i robił, co do niego należy. No i funkcja czwarta: "impuls korygujący" (serio - w żadnym opisie producentów tego sprzętu nie znalazłam określenia impuls elektryczny), podobnie jak wibracja regulowany w zakresie od 1-100. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, co właściwie poczuje mój pies. Ustawiłam siłę impulsu na 1, przyłożyłam do przedramienia i nacisnęłam pilota...
Producent ładnie opisuje działanie impulsu jako odczucie wyraźnego dyskomfortu, który ma skutecznie zniechęcić psa do niepożądanych zachowań. Mnie osobiście bolało jak skurczybyk. A przecież ustawiłam na najniższym stopniu. Spojrzałam na to moje kochane ogoniaste i pomyślałam: chwila, chcę, żeby mój pies przestał uganiać się za dziczyzną, ale nie chcę, żeby przestał ze strachu przed potwornym bólem. Nie o to mi przecież chodzi. Zdałam sobie sprawę z tego, jak głupia jestem i do czego doprowadziła mnie desperacja. Spakowałam sprzęt do pudełka, siadłam z psem na podłodze i popłakałam się jak dziecko, świadoma tego jak niewiele mnie dzieliło od bycia sadystą. Jak niewiele brakowało, żebym zrujnowała jej kruchą psychikę.
Jeszcze tego samego dnia pudełko wylądowało na dnie zwierzęcej szafki. To było w maju 2013 roku. W zeszłym roku myślałam o sprzedaniu obroży. Jest dość droga, więc pomyślałam o odzyskaniu chociaż części kosztów. I zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli ją sprzedam, to ktoś użyje sprzętu pochodzącego bezpośrednio z moich rąk. I chociaż wiem, że jak ktoś będzie chciał, to kupi coś takiego w sklepie, to jednak nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że przyczynię się do cierpienia jakiegoś psa.
Tym sposobem obroża pozostała na dnie szafki i chyba zostanie tam już na zawsze, bo odłożyłam ją z powrotem. I tak jak tamtego dnia, otwierając paczkę przez chwilę czułam się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, dziś również przez chwilę tak się poczułam - bo nie użyłam tej obroży.
A jak poradziłam sobie z problemem ścigania zwierzyny? Znalazłam okolicę, gdzie jej nie ma, tam mogę puścić psa bez obaw o bezpieczeństwo dzikich zwierząt. W innych okolicach pies chodzi na smyczy. Wygrałam z wieloma jej nawykami, ale nigdy nie udało mi się pokonać jej żądzy łowów. Jest zbyt silna. Albo ja zbyt na to słaba. Znalazłam jednak sposób, żeby uniknąć kłopotów bez użycia przemocy, a to w końcu najważniejsze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz