Nie ma nic gorszego od pustego domu. Gdzie nie ma nikogo poza nami. Gdzie czujemy się samotni. Gdzie czujemy, że w naszym sercu jest dziura, której nie potrafi nic zapełnić - nawet drugi człowiek. Jeśli w jakimś miejscu czujemy się samotni, to znaczy, że nigdy nie był to nasz dom...
Moja historia z psem zaczęła się od kota. To dość ciekawy zbieg okoliczności, ale tak to jakoś wyszło. Pewnego wrześniowego ranka w moje ręce wpadł kot. A w zasadzie to, co z kota zostało. Jako że pracuję w przychodni weterynaryjnej (zaznaczam - nie jestem weterynarzem!), kot tam zaraz wylądował. Pomimo kroplówek i leków niestety kot odszedł około czwartej rano u mnie w domu. Koci katar okazał się zbyt zaawansowany na jego słabe już ciałko. I tak pusty już dom przekształcił się w dom pusty nie do zniesienia.
Długo przeglądałam różne ogłoszenia oddam kota w dobre ręce (naturalnie ku rozpaczy mojego - świeżo upieczonego wtedy - chłopaka, który był strasznym czyściochem i uważał, że zwierzęta niosą ze sobą zbędną dawkę bałaganu i brudu; swoją drogą zwierzęta potrafią zmienić każdego - dziś nie przeszkadzają mu już tak bardzo psie włosy na kanapie), gdy dotarło do mnie, że dużo odpowiedniejszym dla mnie zwierzęciem będzie pies.
Ludzie dzielą się na tych, którzy wolą koty i na tych którzy wolą psy. Ja znajduję się na pograniczu. Wychowałam się z kotem, z psami moja przygoda zaczęła się zaraz po maturze. Pomimo tego odkryłam u siebie równie głębokie uwielbienie dla obu tych gatunków. Niemniej jednak jako osoba do obrzydzenia wręcz racjonalna, zdecydowałam się na zwierzaka, z którym będzie mi po prostu łatwiej. Kot jest mały, nie trzeba z nim wychodzić, ale gdy jedziesz, np. na tydzień do rodziców, gdzie jest już kot, są psy (przyjazne kotom, ale jednak psy), jest podwórko, na które swojego kota nie wypuścisz, bo prawdopodobnie nieprzyzwyczajony zaginie, nagle pies pomimo konieczności codziennego wstawania na poranny spacer, staje się zwierzęciem łatwiejszym w posiadaniu.
Psa przygarnęłam ze schroniska. Od początku wiedziałam, że w schronisku nie wybiorę żadnego psa albo wybiorę pięć na raz, dlatego decyzję podjęłam przed komputerem. Do schroniska pojechałam obejrzeć wybranego już wcześniej psa, żeby dobrać odpowiedniej wielkości akcesoria. Mój wypatrzony pies okazał się pokorną (do czasu) sunią, która ze smutkiem w oczach polizała moją rękę przez pręty kojca. Ze łzami obiecałam jej szeptem, że po nią wrócę. Wróciłam do domu i tu pojawiły się kłopoty. Właściciel mieszkania, które wynajmowałam nie zgodził się na zwierzę. Ale przecież już obiecałam. Nie mogłam zawieść tych smutnych oczu i nie mogłam zawieść samej siebie. Kilka tygodni zajęło mi znalezienie nowego, bardziej przychylnego zwierzętom mieszkania. I oto była. Moja wymarzona, czterołapa, ogoniasta.
To było dokładnie 10. listopada 2012 roku. Od tego czasu jestem szczęśliwym człowiekiem i nie było dnia, w którym żałowałabym, że w moim sercu zamieszkał pies.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz