Nieraz słyszę, że robię psu krzywdę trzymając go w mieszkaniu w bloku. Frida jest sporych rozmiarów - waży 27kg, jest wysoka i niezbyt muskularna ani krępa. Pomimo mniejszej wagi wydaje się większa od labradorów moich rodziców (niezbyt wysokich co prawda). Tak więc ludzie zarzucają mi, że męczę psa, bo dużych psów nie trzyma się w bloku. Duży pies potrzebuje podwórka...
Nic bardziej mylnego. Zaraz po strachu przed agresją takiego psa, jest to drugi powód, który odbiera dużym psom szansę na adopcję w schronisku. Ludzie myślą, że takiego psa nie zmieszczą u siebie w mieszkaniu. Do pewnego stopnia jest to prawda. Jeśli nasza kuchnia jest rozmiarów 2x2m, a pokoje przypominają windę, to faktycznie z psem może być ciasno. Tak naprawdę dużemu psu trzeba przede wszystkim znaleźć miejsce na legowisko, bo zajmie ono tyle miejsca na podłodze, co spory mebel. I to główny problem ze zmieszczeniem psa w mieszkaniu. Wbrew obiegowym opiniom duży pies większość czasu leży sobie gdzieś spokojnie i nie plącze się pod nogami jak ma to w zwyczaju mały piesek. Jest tylko jeden warunek: z dużym psem trzeba wyjść codziennie na długi spacer. Po męczącym spacerze taki pies idzie na swoje legowisko i wyleguje się tam kilka godzin, nie wchodząc nam pod nogi. Mały piesek szybciej się męczy, i wymaga nieco krótszego spaceru niż duża pociecha, ale też szybciej się regeneruje. Kiedyś poszłam ze znajomymi na wycieczkę. Mój pies pokonał razem z nami około 17km. Ich psa w połowie trzeba było wziąć na ręce. Ja miałam spokój do wieczora, bo Frida odpoczywała sobie spokojnie, oni po dwóch godzinach mieli rozbieganego wariata, który wszędzie się plątał. Jeśli się dobrze zastanowić, to można odnieść wrażenie, że to raczej mały pies nie nadaje się do mieszkania. Cały czas trzeba się zastanawiać czy nie stoi nam pod nogami i czy za chwilę go nie nadepniemy.
Kolejna sprawa to szczekanie. Zwłaszcza na balkonie, co doprowadza sąsiadów do białej gorączki. Wcale im się zresztą nie dziwię, ja też lubię spędzić popołudnie w spokoju zamiast słuchać ujadania z zewnątrz. Wychodząc do pracy zostawiam latem drzwi balkonowe otwarte (no chyba, że obawiam się, że spadnie deszcz). Balkon mam zabezpieczony siatką dla kotów, więc nie muszę się bać o to, że któryś zwierzak pofrunie mi z drugiego piętra. Żaden sąsiad nigdy nie poskarżył się na hałas pod moją nieobecność, a pytałam kilkukrotnie przy okazji spotkania na schodach. Tylko popołudniu, a i tak to pojedyncze szczeknięcie, więc nie mam się czym przejmować. Wniosek jest następujący, mój pies będąc sam w domu nie szczeka na balkonie godzinami, a odzywa się dopiero w mojej obecności. Mądre książki polecają reagować na szczekanie psa w sposób pozytywny. Jeśli pies zaszczeka, wstać, podejść do niego, położyć mu rękę na karku w geście dominacji, wyjrzeć i sprawdzić na co szczekał pies, a potem to zignorować i wrócić do domu. Dać naszemu psu do zrozumienia, że to na co zwrócił uwagę nie stanowi zagrożenia i nie musi się tym przejmować. Dobrze ułożony pies przyzna nam rację i się uspokoi, źle ułożony będzie uważał, że wie lepiej i dalej robił swoje. Mój najwyraźniej zalicza się do tej pierwszej grupy. Metoda ta jest skuteczna o ile będziemy spokojni (darcie się na psa, żeby się uciszył będzie rujnowało efekty) i będziemy reagowali za każdym razem. Oznacza to, że muszę wstać ze dwa razy na godzinę i wyjść na balkon, ale dzięki temu nie mam kłopotów z sąsiadami. Inna sprawa ma się z domofonem i dzwonkiem do drzwi. Tu mój pies jest nie do okiełznania i całe szczęście, że nie mam zbyt wielu gości w ciągu dnia. O tym, że duży pies nie musi przyprawiać sąsiadów o ból głowy, świadczy fakt, że sąsiedzi pode mną zorientowali się, że mam psa po pół roku, a i to dlatego, że spotkali mnie z Fridą na schodach.
Spotkania na schodach mogą nastręczyć kolejnych problemów. Był taki moment, że mój pies próbował mnie bronić. Uznał, że to ja znajduję się pod jej opieką, a nie odwrotnie. Kilkukrotnie szczekała na mijanych na schodach sąsiadów, co zaczęło mnie niepokoić, zresztą słusznie. Tak więc sięgnęłam po stosy mądrych książek i wyczytałam w nich, że jestem głupim właścicielem rozpieszczającym własnego psiaka i niepotrzebnie się nad nim rozczulam. Potrzebowałam dwóch tygodni na wprowadzenie zmian w naszym życiu, co zaowocowało potulnym psiskiem, które w spokoju mija wszystkich mieszkańców klatki. Co nie znaczy, że biega sobie luzem po schodach. W tym miejscu pilniej niż zawsze utrzymuję psa przy nodze, na krótkiej smyczy, którą trzymam porządnie w ręku. Pod nami mieszka dwójka przedszkolaków, na parterze niemowlak w wózku, ostatnio jeszcze u jednych sąsiadów słychać płacz niemowlaka. Dziecko to tylko dziecko, a pies to tylko pies. Dziecko zawsze może zachować się nieprzewidywalnie, może pisnąć, wybuchnąć płaczem, przewrócić się, roześmiać w głos, a reakcji psa na nietypowe do sytuacji zachowanie dziecka nie da się przewidzieć. Wolę niepotrzebną ostrożność niż nieszczęście. Uwielbiam mojego psa i ufam mu, ale szanuję siłę jego zębów i pazurów.
Jedynym argumentem jakiego nie potrafię obalić, jest psia starość. Mieszkając na drugim piętrze w bloku bez windy, spokojnie mogę sobie wyobrazić, że znoszę swojego psa na dół (co zresztą już robiłam po tym, jak pies rozciął sobie łapę), bo nie ma siły chodzić po schodach, ale nie wyobrażam sobie w takiej sytuacji kruchej kobietki, która nie ma w sobie grama siły.
Tak więc mam psa w bloku. Nie uważam, żeby z tego powodu Frida była mniej szczęśliwa od labradorów moich rodziców, którzy wyprowadzili się na wieś kilka lat temu i mają teraz dom z wielkim ogrodem. Pies nie potrzebuje domu (w sensie budynku - nie poczucia przynależności), tylko odpowiedzialnego właściciela, który spędzi z nim odpowiednio dużo czasu na spacerze i który zadba o dobre wychowanie swojego podopiecznego. Z takim właścicielem może mieszkać gdziekolwiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz