Piękna pogoda nastała, więc rozpoczęły się prawdziwie długie i wreszcie przyjemne spacery. Oczywiście uwielbiam spacery z moją ogoniastą, ale co tu dużo mówić... Jeśli ktoś zna problem wiecznie zimnych dłoni, zrozumie moją niechęć do zimy. Zimowy spacer w moim przypadku równa się grubym rękawiczkom, które z trudem mieszczą się w uchwycie smyczy, a i tak mam po trzydziestu minutach zmarznięte palce. Tak więc zimowy spacer jest z jednej strony bardzo przyjemnym doświadczeniem, bo mój pies uwielbia śnieg i cieszy się nim jak dziecko, co jest naprawdę pociesznym widokiem, ale z drugiej to nieunikniony obowiązek, po którym muszę odmrozić dłonie.
Nie było nas w mieście cztery dni. Krótki wyjazd na północno-zachodnie rubieże kraju, gdzie mieszkają moi rodzice. Cztery dni... Tyle wystarczyło, żeby nasza łąka stała się spopielonym ochłapem martwej ziemi. Ptaki tam już nie śpiewają. Te, które zdążyły uciec, prędko tam nie wrócą. Te, które nie zdążyły, zamilkły na zawsze. Ludzie mówiąc, że lubią ciszę, często nie zdają sobie sprawy z tego, czym tak naprawdę jest cisza. Wychodząc na spacer za miasto, człowiekowi wydaje się, że jest cicho - pośród tych wszystkich ptasich śpiewów, grania świerszczy, bzyczenia owadów, pośród tego gwaru, nam mieszczuchom wydaje się, że tak właśnie brzmi cisza. I tak jest, z tym że jest to cisza pełna życia, pełna natury, zdrowa i kojąca. A gdy taka łąka spłonie, zalega inna cisza, pozbawiona ptaków, świerszczy i owadów, martwa i niepokojąca. I właśnie w takiej ciszy przyszło nam spacerować.
I tak oto spacer w pięknych okolicznościach przyrody popsuły nam zgliszcza, ale pies pomimo wyraźnego zaniepokojenia swądem spalenizny, nie stracił ducha zabawy. Już chyba wspominałam, że mój pies nie bawi się zabawkami. Mój pies boi się zabawek. Próby spacerów z piłeczką albo aportem zakończone zostały fiaskiem. Co nie zmienia faktu, że od czasu do czasu lubi chwycić patyka i poganiać z nim jak szczeniak. Dostaje przy tym małpiego rozumu i gania wokół mnie z podwiniętym ogonem i postawionymi uszami zupełnie jakby miała ledwie kilka miesięcy. Dziś niestety na smyczy, bo jak już pisałam, w sezonie pożarów łąk nie puszczam psa ze smyczy.
Po którymś okrążeniu z patykiem, pies jakoś tak kiepsko wycelował, że biegł prosto na mnie. Chciałam zejść jej z drogi, ona chciała mnie w ostatniej chwili ominąć... I jakoś tak wyszło, że spotkałyśmy się po tej samej stronie ścieżki. Konkretniej, jej rozpędzone 28 kilo spotkało się z frontem mojego kolana...
I tu należy się dygresja. Bo pancia dawnymi czasy trenowała sztuki walki. I na tych sztukach walki pancię uparcie uczono, że w trakcie starcia nie wolno stać na wyprostowanych nogach. Dlatego, ku uciesze panci znajomych, bo widok nieco komiczny, jak tylko coś mnie wystraszy, uginam kolana. Weszło mi to w krew i nic na to nie poradzę. I co tu dużo mówić, gdyby nie ten odruch, pisałabym dziś w łóżku, z nogą w stabilizatorze (bo ponoć gips wychodzi z łask medycyny), bo zabiegu łatania kolana.
Zanim kolano po uderzeniu się wyprostowało, nieco energii uderzenia zostało już pochłonięte, co ocaliło mój staw. Ból nie do opisania. Musiałam usiąść, bo zrobiło mi się aż słabo. I nagle panika. Jak ja do domu wrócę teraz - siedzę pośrodku niczego, nawet nie wytłumaczę pogotowiu, gdzie mają po mnie przyjechać. No i co z psem? No więc trudno - trzeba było przetestować wytrzymałość kolana i wstać. Co na szczęście się powiodło. Jakimś cudem zdołałam do domu wrócić. Nawet udało mi się zadzwonić do Mojego Kochania, który zwolnił się z pracy, żeby pojechać ze mną do lekarza. Stamtąd odesłano nas do szpitala, bo z czymś takim nie można czekać na wizytę u ortopedy, a taka najwcześniej za miesiąc. Na pogotowiu wyczekaliśmy się trzy godziny, po czym lekarz zaordynował zdjęcie rentgenowskie. Jak już zobaczył, że kości są jak trzeba, powyginał mi kolano na strony, o których nawet nie podejrzewałam, że kolano można wygiąć i stwierdził, że wszystko jest w należytym porządku, kolano boli i boleć będzie, bo gdyby po czymś takim nie bolało, to dopiero byłby powód do zmartwienia. Zalecił ograniczenie ruchu na jakiś czas (cokolwiek to precyzyjne określenie oznacza) i więcej ostrożności na przyszłość.
I miało być ograniczenie ruchu... I miała być ostrożność... I gdy już miałam skręcić za blok na krótki spacer, spojrzałam w te słodkie oczka i w rezultacie wylądowałyśmy na łąkach i wyspacerowałyśmy się w tempie stosownym dla kaleki... No bo jak tu odmówić ogoniastej takiej frajdy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz