W weekend miałam urodziny... Czyli znowu jestem starsza. W związku z powyższym, wysnułam dwa wnioski. Ale żeby je przedstawić, niezbędnych jest kilka słów wyjaśnienia.
Od Mojego Kochania dostałam książkę Anny Biziorek "Szkolenie Psa. Jak wychować idealnego pupila". Jestem w trakcie czytania i w wielu sprawach przyznaję pani Annie rację, choć znalazło się kilka punktów, w których mam wątpliwości co do słuszności porady. Niemniej jednak o książce kiedy indziej, najpierw muszę ją przestudiować wzdłuż i wszerz i na wspak oczywiście również (byle nie na opak), dopiero potem pokuszę się o jakąś opinię na jej temat.
Tymczasem poczytałam sobie o nauce oddawania smakołyków na komendę. Polega to na tym, że dajesz psu np. kość (oczywiście spełniającą standardy bezpieczeństwa), a za plecami masz coś, co dla psa jest jeszcze lepszym kąskiem. Założenie jest takie, że pies porzuca dotychczasowy smakołyk na rzecz lepszego, my wydajemy w międzyczasie komendę oddawania, czynność regularnie powtarzamy, aż pies załapie, że opłaca się pozbyć na dane hasło tego co ma w pysku, żeby zrobić miejsce dla czegoś znacznie lepszego. Takie pozytywne wzmocnienie. I wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku oprócz dwóch kwestii. Mój pies to żarłok. Jak już mu coś wpadnie do pyska, to jedynym sposobem, żeby opróżnić tenże pysk, jest połknięcie dotychczasowego smakołyka. Jeśli jest dostatecznie duży, żeby nie było to możliwe bez wcześniejszego pogryzienia, to nic go nie odciągnie od smakołyka, w myśl idei: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Natomiast gdyby już jakimś cudem pies uznał, że należy porzucić dotychczasowy smakołyk, bo pancia ma coś super-, hiper-, ekstra-wyśmienitego, to nie będzie to subtelne położenie smakołyka na ziemi (tak, żeby pancia miała czas na wyrzucenie z siebie jak z karabinu komendy) i oczekiwanie na ten fajniejszy. To będzie wyplucie smakołyka i przyjęcie dziwacznej pozycji pomiędzy siad a waruj, którą mój pies zwykł przyjmować nie mogąc odgadnąć o co za chwilę poprosi pancia. No i oczywiście zaglądanie za plecy czy aby węch jej nie zawodzi, bo jak już przecież wspomniałam, mój pies to żarłok
Wszystko wydaje się być fantastycznym sposobem, dopóki tego nie spróbujemy. Autorzy z reguły opisują szkolenie szczeniaka, który jest jak czysta kartka papieru, nie ma swoich zwichrowań, nikt go wcześniej nie uczył i nie musisz poprawiać czyichś błędów. Moja psica spędziła trzy lata swojego życia pod cudzą opieką, z czego ponad rok przypadł na zamknięty kojec w schronisku, gdzie właściwie była pod swoją własną opieką. Niewiele jest poradników podpowiadających jak poradzić sobie z tym, że pies reaguje na komendę strachem i jedyne co robi to trzęsie się jak galareta.
Do nauki wybrałam kliker. Zajęło mi kilka dni zanim zdołałam moje maleństwo przekonać, że kliker jest jej dobrym kolegą i obietnicą jakiegoś łakocia. Kolejne dwa tygodnie pracowałam nad tym, żeby odblokować reakcję na wydawanie komend. Frida na wydanie komendy reagowała strachem. Dopóki nakierowywałam ją na planowaną czynność przesuwając smakołyk (zaczęłam od siadania), wszystko było jak należy. W momencie, kiedy dodawałam do tego, co robi słowo komendy, obserwowałam narastające w niej napięcie. Strach przed karą za złe wykonanie. Ktoś niewątpliwie szkolił mojego psa w przeszłości, ale dużo lepiej by było, gdyby w ogóle tego nie robił. Dopiero po czasie pies dostrzegł, że wystarczy się na mnie skupić, żeby dostać coś dobrego, ale ten strach nadal w niej jest. Bardzo ciężko jest mi rozpocząć naukę nowej komendy, bo Frida, gdy tyko nie rozumie czego od niej chcę, od razu łasi się i pojednawczo podaje łapę. We wszelkiej maści poradnikach autorzy piszą, aby z psem postępować subtelnie, a z psami doświadczonymi przez życie szczególnie. Nie uświadamiają jednak właścicielom jak bardzo psychika takiego psa jest wrażliwa, jak niewiele trzeba, żeby wywołać w nim lęk.
Krótko mówiąc na papierze wszystko wygląda na proste, wręcz banalne. Nic tylko zrobić z psa cyrkowca i popisywać się przed znajomymi. Ale gdy przychodzi do nauki, okazuje się, że rady autora trzeba przeliczyć na własnego psa i początkowo stosując się do książkowych wytycznych odkrywamy po niedługim czasie, że w zasadzie to, co właśnie robimy, niewiele ma już wspólnego z pierwotnym zamysłem. I tylko taka elastyczność jest w stanie uchronić nas przed klęską. Nie każdy nadaje się na trenera, nie wszystkie psy nadają się na cyrkowców. Dopóki właściciel psa tego nie pojmie, nie nauczy psa niczego.
A druga urodzinowa konkluzja to złość na ludzi, którym niczego nie da się wytłumaczyć. Mam psa alergika. Zestaw pokarmowych alergenów jest na tyle szeroki, że właściwie nie pozostało mi nic innego jak karma hipoalergiczna. A to i tak nie do końca załatwia sprawę, bo uczulenie ma jeszcze jakieś środowiskowe, niestety nie udało mi się ustalić dotąd na co. Jeśli trzymam ją na ścisłej diecie, mogę odstawić sterydy. No właśnie... Ścisła dieta. Pierwsze co słyszą moi goście przy moim stole, to "nie dokarmiać psa, bo jest chory". A potem słyszę, ale co ty opowiadasz, przecież wygląda dobrze.
Tym razem nie wytrzymałam. Gdy zobaczyłam jak mój pies wcina sobie na spółkę z moim gościem ciasteczko z mlecznym nadzieniem i usłyszałam, że to tylko kawałek ciastka i przecież taka mała ilość psu nie zaszkodzi, podziękowałam w imieniu psa za to, że teraz czeka ją tydzień zastrzyków, żeby reakcję wyhamować i nie dopuścić rozdrapanych ran na ciele. I proszę bardzo. Można mówić, można tłumaczyć, można prosić i zabraniać. Wszyscy i tak wiedzą lepiej od ciebie, co psu zaszkodzi a co nie.
Pies dzisiaj przyjął pierwszy z trzech zastrzyków. Patrzył smutnymi oczami na zbliżającą się igłę i tylko podkulił ogon i schował łeb...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz